poniedziałek, 21 września 2015

Rozdział trzeci

Zayn
Wrzucam torbę do bagażnika, zamykam go i zajmuję miejsce za kierownicą. Odpalam moją Mazdę RX6 i ruszam z parkingu podziemnego na pełnym gazie. Chwilę późnej pędzę już po autostradzie, a po godzinie jestem w moim rodzinnym mieście Bradford. Parkuję samochód przed moim domem, biorę torbę z bagażnika, zamykam samochód i dzwonię do drzwi. 
Otwiera mi moja mama ucieszona na mój widok.
- Zayn! - krzyczy uradowana. Przytulam ją mocno. Stęskniłem się za nią. Ostatni raz widziałem ją dwa miesiące temu. Teraz postanowiłem zrobić jej niespodziankę i nic jej nie mówiłem, że przyjadę.
Siedzę w kuchni, a mama przygotowuje kawę. 
- Na długo przyjechałeś? - pyta, zalewając wodą nasze kawy. 
- Jeszcze nie wiem, mamo. W firmie jest ciągle robota, ale póki co nie jestem potrzebny na miejscu, więc postanowiłem przyjechać. Mogę stąd pracować - wyjaśniam. Prawdę mówiąc celem mojego przyjazdu nie jest spotkanie się z rodziną, chociaż cieszę się, że mogę znów zobaczyć mamę. 
- Tak się cieszę, że przyjechałeś - mówi, niosąc kawy zalane wcześniej mlekiem. 
- Też się cieszę, że cię widzę, mamo. - Uśmiecham się do niej. Mama zajmuje miejsce naprzeciw mnie. Słodzę swoją kawę i mieszam ją. 
- Co u was? Opowiadaj - zachęcam. 
- Wszystko tak jak zawsze. Dobrze wiesz jak wygląda nasze życie. Lepiej opowiadaj co u ciebie. Jak radzisz sobie w firmie? 
Cała mama. Najchętniej nic by o sobie nie mówiła. Jest bardzo skromna, chociaż ma złote serce. 
- Chyba całkiem dobrze sobie radzę. Nikt się nie skarży, firma jeszcze nie ogłosiła bankructwa, więc jest dobrze - śmieję się. - Tak naprawdę to ciągle się uczę i nie podejmuję najważniejszych decyzji. Dziadek pyta mnie o zdanie w różnych kwestiach. Czasem rzucam na nie całkiem inne światło i dziadkowi to się bardzo podoba. Mam świeży pogląd na różne sprawy i wiem jak to wygląda u podstaw. 
Mama słucha mnie jak oczarowana. 
- Jestem z ciebie taka dumna. Wszyscy jesteśmy - mówi z łzami w oczach. - Żebyś widział jak zazdrość zżera tą naszą sąsiadkę z naprzeciwka, gdy mówię jej o tobie. 
Śmieję się i przytulam mamę. 
- Mamo, potrzebujesz czegoś? Jeśli coś się psuje lub potrzebujesz czegoś nowego to możemy pojechać na zakupy - oferuję.
Mama chwilę się zastanawia, rozglądając się po kuchni. 
- Chyba przydałaby się nam nowa lodówka, bo ta już słabo chłodzi... Ale Zayn, spokojnie, odkładam na nią pieniądze, nie pali się.
- Ubierz się, jedziemy po nową - mówię głosem nie znoszącym sprzeciwu.
- Ale... - zaczyna. Wstaję.
- Mamo, potrzebujesz nowej lodówki, więc ją dostaniesz. No już, idź się ubrać. 
Mama niechętnie wstaje i idzie na górę. Rozglądam się po parterze. Odkąd się stąd wyprowadziłem nic się tu nie zmieniło. Stwierdzam, że przydałby się remont. Mama na pewno by się ucieszyła. Od paru lat chciała go zrobić, ale nie miała na to pieniędzy. 
Mama schodzi na dół. Ma ubrane obcisłe dżinsy i luźną białą koszulkę w czarne paski. W holu wkłada płaskie buty i kurtkę. Chwyta jeszcze torebkę i wychodzimy. Otwieram przed mamą drzwi od strony pasażera. Mama wsiada do samochodu i zamykam za nią drzwiczki, obchodzę auto i siadam obok niej. Zapinam pas, odpalam silnik i ruszam. 
- Mamo, myślę, że przydałby się remont - mówię, wyjeżdżając z naszej ulicy. 
Mama spogląda na mnie.
- Zayn, nie trzeba.
Spoglądam na mamę.
- Trzeba. Od kilku lat chciałaś zrobić remont, ale nie miałaś na to pieniędzy. Jutro zadzwonię do ekipy remontowej i tak jak będziesz chciała, więc zaraz wstąpimy też po farby.
- Zayn... - zaczyna. Ma surową minę. Wiem, że nie czuje się komfortowo w tej sytuacji, ale jestem jej synem i chcę się jej odwdzięczyć za wszystko, co dla mnie zrobiła.
Zatrzymuję się na czerwonym świetle.
- Mamo, naprawdę to dla mnie żaden problem. Proszę, pozwól sobie pomóc. 
Mama wzdycha poddając się.
Chwilę później jesteśmy w sklepie ze sprzętem AGD i RTV. Podchodzi do nas sprzedawca ubrany w żółto-szary uniform. Na plakietce widnieje jego imię: Mike.
- Dzień dobry. Mógłbym w czymś pomóc? - pyta.
- Dzień dobry. Potrzebujemy lodówki - odpowiadam. 
- Oczywiście, lodówki znajdują się w tamtej części sklepu - wskazuje na lewą stronę. - Zaprowadzę państwa. - Idzie w stronę, którą wskazał, a ja z mamą idziemy za nim. - Jaka lodówka państwa interesuje? Duża, mała? Z zamrażalnikiem u góry czy na dole? 
- Najlepsza jaka jest - odpowiadam. 
Mężczyzna spogląda na mnie zdziwiony.
- Proszę za mną - mówi i prowadzi nas do rzędu lodówek. Zatrzymuje się przed srebrną, podwójną lodówką. Sprawdzam jej parametry, oglądam wnętrze.
- Podoba ci się, mamo? - pytam. 
- Tak - odpowiada z uśmiechem.
- Bierzemy. 
Chwilę później jestem przy kasie i płacę za lodówkę. 
- Lodówka zostanie przywieziona jutro koło południa. Proszę tylko jeszcze podobać adres - mówi kobieta ubrana w taki sam uniform, co mężczyzna, który pokazał nam lodówkę. 
Podaję adres i odbieram swoją kartę kredytową.
- Dziękuję i zapraszam ponownie. 
- Dziękuję, do widzenia - odpowiadam z uśmiechem. Podchodzę do mamy. - Chcesz jeszcze zrobić jakieś zakupy spożywcze do domu? 
- Możemy - odpowiada. - Dziękuję, Zayn.
Przytulam mamę.
- Nie ma za co, mamo. Naprawdę. 
Wychodzimy ze sklepu i wsiadamy do samochodu. Kilka minut później jesteśmy w Tesco i robimy duże zakupy. Później jedziemy jeszcze do sklepu budowlanego i mama wybiera farby do domu. O siedemnastej jesteśmy z powrotem w domu. Mama wypakowuje zakupy, a ja zanoszę farby do piwnicy. Później szukam w internecie ekipy remontowej. 
Koło osiemnastej wychodzę z domu, mówiąc mamie, że idę się spotkać z kilkoma osobami. Jednak póki co chcę się spotkać z osobą, dla której tak naprawdę tu przyjechałem. 
Pukam do czerwonych drzwi i robię krok do tyłu. Słyszę jak jakaś dziewczynka krzyczy: 
- Dziadku, ktoś pukał! 
- Zoe, odejdź od drzwi, dziadek już idzie - mówi mężczyzna spokojnym głosem.
Sekundę później w drzwiach staje wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Ma kwadratową szczękę, szerokie ramiona. Ubrany jest w zieloną koszulkę i zwykłe dżinsy. Za jego nogami widzę małą dziewczynkę. Na oko ma z trzy lata. Jest śliczna.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - pyta. Jego spojrzenie jest surowe. Odnoszę wrażanie, że jest byłym wojskowym czy kimś tego rodzaju.
- Dzień dobry. Nazywam się Zayn Malik. Zastałem może Ophelię? - Silę się na drobny uśmiech.
- Nie, Ophelii tu nie ma - odpowiada chłodno. - I dam ci radę, chłopcze - mówi, zbliżając się do mnie. - Nie staraj się nawet szukać mojej córki. Nikt ci nie powie, gdzie ona jest. - Robi krok w tył. - Do widzenia. - Zamyka mi drzwi przed nosem zanim zdążę coś dodać. 
Odwracam się na pięcie i idę w stronę parku. Po głowie krążą mi słowa ojca Ophelii. "Nikt ci nie powie, gdzie ona jest." Niby dlaczego? Dlaczego mają robić z tego tajemnicę? 
Po drodze spotykam Davida. 
- Zayn? - pyta jakby mnie nie poznawał.
- Siema, David! - witam się, przybijając piątkę. - Co u ciebie? - pytam.
- Wszystko spoko. Co cię sprowadza do Bradford? 
- Przyjechałem odwiedzić mamę i żeby spotkać się z paroma osobami - odpowiadam.
- To może wyskoczymy na piwo i dam cynk chłopakom żeby też wpadli?
- Jasne - odpowiadam. - To co, idziemy tam gdzie zawsze? 
- A niby gdzie indziej byś chciał iść niż do Joe's? - pyta rozbawiony, pisząc wiadomości do chłopaków. 
- Co słychać w wielkim świecie? - pyta, gdy siedzimy już przy stoliku i pijemy piwo.
- Chyba wszystko jest okej. Pracujemy nad paroma nowinkami, które chcemy wprowadzić na rynek w najbliższym czasie - odpowiadam, przyglądając się Davidowi. Od college'u nic się nie zmienił. Wciąż ma tą samą fryzurę i nosi podobne ubrania. 
- A co słychać w twoim prywatnym życiu? Znalazłeś sobie jakąś panienkę? - pyta, wyraźnie zaciekawiony.
- Nie, nie znalazłem - wzruszam ramionami, upijając spory łyk piwa. - A ty kogoś masz?
- Stary, Vanessa to dziewczyna wyjęta z moich snów. Już ci ją pokazuję, bo możesz jej nie kojarzyć. - Z kieszeni wyjmuje swoją komórkę i pokazuje mi jej zdjęcie. Dziewczyna jest całkiem ładna, ma śliczny uśmiech. I to tyle. Nie jest do końca w moim typie. 
- Chodziła z nami do college'u? 
- Tak, ale była rok młodsza, więc stąd możesz jej nie kojarzyć. Raczej nie wyróżniała się z tłumu - mówi, po czym bierze łyk piwa.
Pół godziny później przy naszym stoliku jest już Sam, Tom i jeszcze kilku chłopaków. Pijemy już drugą kolejkę piwa i każdy opowiada co u niego słychać. 
- Ej, wiecie coś może o Ophelii? - pytam, przy trzeciej kolejce.
- Z tego co obiło mi się o uszy to gdzieś wyjechała i to tyle - odpowiada Zac. 
- Pewnie wyjechała na studia - mówi Tom. - Tyle że nikt nie ma z nią kontaktu. Jej koleżanki też wyjechały. I w zasadzie nikt nie wie dokąd. 
Kurwa. Zaczyna mi to śmierdzieć, myślę.
O dwudziestej drugiej wracam lekko pijany do domu. Staram się jak najciszej otworzyć drzwi. Gdy w końcu mi się tu udaje jeszcze ciszej idę do swojej sypialni. W ciuchach rzucam się na łóżko i zasypiam zanim moja głowa dotyka poduszki.
Gdy rano się budzę, sprawdzam swój telefon. Mam SMSa, od nieznanego numeru.
"Ophelię znajdziesz w Londynie"
Próbuję zadzwonić na ten numer, ale ktoś ma wyłączony telefon. Postanawiam iść za tą wskazówką. Po śniadaniu wsiadam do auta i jadę do Londynu. 
Będąc już poza granicami Bradford dzwonię do mojej sekretarki.
- Vic, potrzebuję na już mieszkania w Londynie.
- Jakieś konkretne, Zayn? - pyta swoim przesłodzonym głosem. Nie znoszę tego, że tak ciągle mi się podlizuje. Myśli, że skoro raz się z nią przespałem to coś z tego wyjdzie, chociaż uświadomiłem ją, że nic do niej nie czuję i to była przygoda na jedną noc. Poza tym oboje byliśmy pijani po firmowej imprezie. 
- Ma być w centrum i dostępne jeszcze dzisiaj - mówię, zmieniając bieg.
- Jasne, jak coś znajdę to dam ci znać.
- Dzięki - odpowiadam i klikam czerwony przycisk na ekranie telefonu.
Godzinę później Vic oddzwania.
- Znalazłam mieszkanie. W mailu wysłałam adres. Właściciel akurat tam jest, więc będzie czekał na ciebie.
- Okej, dzięki. 
Po drodze dzwonię też do ekipy remontowej i umawiam się z nimi, że jutro popołudniu przyjdą do mojej mamy i ustalą z nią wszystkie szczegóły. Informuję ich również o tym, że jeśli porządnie wykonają swoją pracę to będą mieli z tego duży zysk. 
Dom znajduje się na Pembridge Gardens. Okolica jest bardzo elegancka; wszystkie domy są białe, z zadbanymi ogródkami, białymi niewysokimi murkami i czarnymi furtkami.  Z właścicielem natychmiast podpisuję umowę i na jego konto przelewam odpowiednią kwotę. 
Po tym jak swoje ubrania umieściłem w szafie zaczynam zastanawiać się: co dalej? W tym mieście jest ponad osiem milionów osób. Jak wśród nich mam znaleźć jedną dziewczynę? Nawet nie wiem, gdzie powinienem zacząć szukać. Całe to szukanie jej będzie jak szukanie igły w stogu siana. Dosłownie.
Wkładam marynarkę i wychodzę z domu. Postanawiam nieco się przejść. Chodzę po okolicy modląc się, żebym jakiś cudem znalazł Ophelię. Potrzeba mi cudu, bym ją znalazł. Szansa na jej odnalezienie wynosi jeden do ośmiu milionów. Jak spośród tłumu znaleźć jedną osobę?
Co rano wstaję i wychodzę na miasto. Każdego dnia jestem w innej części Londynu i zwiedzam porządnie ją zwiedzam, marząc o tym, by znaleźć Ophelię. 
A teraz przeszukuję każde odludnione miejsce
każdy kąt, wołając Twoje imię.
Dzisiejszego wieczora muszę zostać w domu, by przejrzeć trochę dokumentów z firmy. Piję kawę, cicho gra mi muzyka. Wyglądam przez okno przy którym stoi biurko i widzę śliczną dziewczynę. Ma krótkie falowane włosy, które ledwo sięgają jej do ramion, uroczy uśmiech. Ubrana jest w czarną rozkloszowaną spódnicę, która sięga jej do połowy łydki, koszulkę w czarno-białe paski i skórzaną kurtkę. W ręce trzyma niedużą torebkę. Wyraźnie dokądś się spieszy, rozmawia przez telefon. 
Gdy tracę ją z oczu wracam do swojej pracy. Przy laptopie siedzę do północy. Później biorę prysznic i kładę się spać. Śni mi się kobieta, którą widziałem wieczorem. Jest naprawdę ładna. We śnie mówi coś do mnie, ale nie rozumiem jej. Co to może znaczyć? 
Budzik budzi mnie o siódmej. Zjadam śniadanie i jadę na siłownię. Spędzam na niej godzinę, później biorę prysznic i jadę w kolejną część Londynu w poszukiwaniu Ophelii. 
Próbuję cię znaleźć, ale ja po prostu nie wiem dokąd chodzą złamane serca.

Ophelia
Jest sobotnie popołudnie. Razem z Michaelem przygotowuję obiad. Gdy chcę rozgrzać oliwę okazuje się, że została ostatnia resztka i to nie wystarczy.
- Michael, pójdę do sklepu po oliwę, bo się skończyła. Zrobisz sałatkę za ten czas? - pytam, wylewając resztkę oliwy na patelnię. Butelkę wyrzucam do kosza ze szkłem i puszkami.
- Nie ma problemu - odpowiada z uśmiechem. Myję ręce i idę do holu. Wkładam białe, krótkie conversy, dżinsową kurtkę i chwytam moją małą torebkę Michaela Korsa. Pięć minut później jestem w pobliskim sklepie. Biorę jedyną oliwę z oliwek jaka jest. Przechadzając się po sklepie biorę jeszcze trochę owoców i warzyw, kilka jogurtów, mleko... I kończę z trzema ciężkimi reklamówkami. Jakie to dla mnie typowe, myślę. Następnym razem wezmę auto, obiecuję sobie. Wracam do domu, umierając pod ciężarem zakupów, przeklinając się w duchu. 
Zauważam idącego z naprzeciwka chłopaka. W miarę zbliżania się do siebie dostrzegam coraz więcej szczegółów. Jest wysoki, ma kruczoczarne postawione włosy z wygolonymi bokami, ostro zarysowane kości policzkowe i żuchwę. Ma lekki zarost. Ubrany jest w granatową koszulkę z dekoltem w serek, która opina się na jego ciele, obcisłe dżinsy, czerwoną koszulę w kratę, której rękawy są podwinięte i ukazują wytatuowane ręce. Dekolt koszulki też pokazuje jego tatuaże, które są klatce piersiowej i sięgają aż do szyi. Wygląda na rockmana i jest niesamowicie przystojny. 
- Hej, pomóc ci? - pyta, gdy jest tuż naprzeciw mnie. Ma niski, seksowny głos z cudownym akcentem.
- Nie, nie trzeba - odpowiadam lekko speszona. - Poradzę sobie.
- Nie sądzę - upiera się. - Daj, pomogę ci zanieść je do domu. - Wyciąga rękę w stronę siatek. Zauważam, że jego tatuaże na ręce sięgają aż do wierzchu dłoni.
- Naprawdę, poradzę sobie. Mieszkam niedaleko. - Udaje mi się na niego spojrzeć. Czuję jak moje policzki robią się czerwone i modlę się, by mój krem BB je maskował, co jest w zasadzie niemożliwe, bo jego krycie jest bardzo lekkie.
- Pomogę, naprawdę. - I nie czekając na moją odpowiedź najpierw bierze jedną, a potem następne dwie reklamówki. 
- Dziękuję - mówię. 
- Nie ma za co. Nie sądzę, że dałabyś je donieść do domu. One ważą więcej od ciebie! - żartuje. 
Śmieję się. 
- Aż taka lekka nie jestem... - mówię cicho. 
- Słyszałem to. - Spogląda na mnie roześmiany. Wygląda na nastolatka, gdy się śmieje. Zastanawiam się ile może mieć lat. - Niech zgadnę... Miałaś iść po jedną rzecz, prawda? 
- Tak... - przyznaję lekko zażenowana. Przegryzam dolną wargę.
- Kobiety są takie typowe. Następnym razem weź chłopaka ze sobą albo samochód - sugeruje.
- Nie mam chłopaka - odpowiadam prędko. - Ale samochód na pewno wezmę.
- Jakim cudem tak ładna dziewczyna nie ma chłopaka? - pyta, spoglądając na mnie wyraźnie zaciekawiony.
- Normalnie, żaden nie zwalił mnie z nóg, ale pewnie wszystko przede mną. - Robię pauzę. - No dobrze, tutaj mieszkam - mówię, wskazując na drzwi. 
- Okej. Miło mi się z tobą rozmawiało. Życzę powodzenia w szukaniu faceta, który zwali cię z nóg. I gdybyś kiedyś potrzebowała pomocy z zakupami czy czymś innym to mieszkam na przeciw. - Brodą wskazuje swój dom.
- Będę pamiętać. Bardzo dziękuję za pomoc. - Biorę od niego siatki z zakupami. - Do zobaczenia. - Uśmiecham się do niego. 
- Do zobaczenia - odpowiada i idzie w stronę, z której przyszliśmy. Wchodzę po schodach do domu. Przed drzwiami stawiam zakupy na ziemi i dzwonię na dzwonek. 
- Miałaś kupić tylko jedną rzecz! - mówi Michael otwierając mi drzwi. Bierze zakupy.
- Wiem, wiem - odpowiadam. Wchodzę za nim do domu. Gdy mam zamykać drzwi rozglądam się i zauważam mulata, który patrzy w moją stronę. Uśmiecham się do niego i zamykam drzwi. 

Po dziewiętnastej wychodzę spod prysznica. Suszę włosy, a następnie lekko je podkręcam. Robię mocny makijaż: obrysowuję oko czarnym eyelinerem i wyciągam kreskę ku górze. Konturuję twarz, a na usta nakładam różową pomadkę. Staję przed moją garderobą i zastanawiam się, co ubrać. 
- Michael, co mam ubrać? - pytam. Chwilę później Michael jest już obok mnie i przesuwa wieszaki. 
- To - mówi, pokazując mi czerwoną sukienkę. Ostatni raz miałam ją na sobie pięć  lat temu. - Jeszcze w niej cię nie widziałem - dodaje. 
- Niech będzie - zgadzam się, biorąc od niego wieszak. Idę do łazienki, ubieram sukienkę. Jest obcisła, sięga do połowy uda. Ma minimalny rękaw, od których odchodzą dwa paski, układające się w literę V, a pomiędzy nimi i półokrągłym dekoltem są dwie dziury. Zdążyłam zapomnieć o tym jak dobrze na mnie leży. Ubieram botki na słupku. 
- Wiedziałem, że będziesz świetnie w niej wyglądać - mówi Michael. 
Uśmiecham się do niego. Sprawdzam godzinę i okazuje się, że muszę już wyjść.
- Taksówka już na ciebie czeka - informuje mnie Michael. 
- Okej. Bawcie się dobrze i niech Zoe nie pójdzie zbyt późno spać. 
- Dobrze, maksymalnie o dwudziestej drugiej będzie spać. 
- Okej. Pa. - Daję buziaka Zoe, która właśnie rysuje kolejny rysunek i Michaelowi. W holu ubieram swoją skórzaną kurtkę i biorę moją małą czarną torebkę Michaela Korsa, którą przekładam przez ciało. Wychodzę z domu i owiewa mnie chłodny wiatr. Schodzę po schodach i wsiadam do czekającej na mnie taksówki. Dziesięć minut później jestem już pod klubem. Dziewczyny czekają na mnie w środku. Siedzą przy barze i świetnie wyglądają.
- Ubrałaś tą sukienkę, którą miałaś na imprezie Zayna - zauważa Carrie.
- Michael mi ją wybrał - tłumaczę się. 
- Świetnie wyglądasz - mówi Caroline. Uśmiecham się do niej i zajmuję miejsce obok Sophie. 
- Poproszę mohito - mówię do barmana, obdarzając go miłym uśmiechem. 
- Już się robi - odpowiada i chwilę później stawia przede mną drinka.
- Dziękuję - odpowiadam. 
Z dziewczynami jak zawsze plotkujemy. Później idziemy na parkiet i tańczymy. Dawno już nie byłam na żadnej imprezie i cieszę się, że w końcu uległam dziewczynom i wyszłam z nimi. Wracamy do naszych miejsc przy barze i czekamy, by móc zamówić kolejne drinki. 
Zza moim pleców dobiega pytanie:
- Można się dosiąść? 
Odwracam się na wysokim krześle i widzę chłopaka, który popołudniu pomógł mi z zakupami. Czuję, że moje policzki przybierają kolor mojej sukienki. 
Ma ubraną niebieską koszulę z rozpiętymi dwa górnymi guzikami i podwiniętymi mankietami, dżinsy i do tego skórzaną kurtkę. Całość wygląda naprawdę dobrze. A może tylko na nim tak wygląda? Dziwię się, że jego tatuaże nie gryzą się z elegancką koszulą.
- Jasne - odpowiadam krótko i wracam do rozmowy z dziewczynami. Chwilę później chłopak mówi:
- Postawię ci drinka. 

___________________________
Powiem tyle: akcja właśnie się zaczyna :) 
Moje fanfiction znajdziecie też na wattpadzie: https://www.wattpad.com/story/50160484 


piątek, 4 września 2015

Rozdział drugi



Ophelia
Punktualnie o szóstej dzwoni mój budzik. Wyłączam go i wstaję z łóżka. Idę do łazienki, biorę prysznic, myję zęby i twarz. Suszę włosy na okrągłej szczotce, robię swój codzienny, lekki makijaż: smoky eye w odcieniach brązu z cienką czarną kreską eyelinerem i różową szminką na ustach. Z garderoby wyjmuję niebieską koszulę z długim rękawem i czarne cygaretki do kostek. Ubieram to, a szyję ozdabiam delikatnym złotym łańcuszkiem z dwoma złączonymi sercami. Na nadgarstku zapinam swój złoty zegarek. Spryskuję się jeszcze moimi ulubionymi perfumami i jestem gotowa. 
Punkt siódma wchodzę do różowego pokoju Zoe i budzę ją. Moja córeczka bardzo powoli wstaje, więc zaczynam ją łaskotać. Zaprowadzam ją do łazienki i pilnuję, by dokładnie umyła zęby. W tym czasie rozczesuję jej włosy i zaplatam je w francuza. 
- Ubierz się, a ja zrobię śniadanie - mówię, całując ją w policzek, gdy już kończy myć ząbki. Schodzę na dół i w kuchni gotuję mleko. Do dwóch misek sypię czekoladowe płatki śniadaniowe. Gdy są one gotowe Zoe akurat schodzi po schodach. Sadzam ją na wysokim krześle przy wyspie kuchennej i razem jemy śniadanie. 
- Umyj buzię, a ja spakuję ci drugie śniadanie - mówię, gdy nasze miski są już puste.
- Dobrze, mamusiu - odpowiada, zeskakując z krzesła i biegnie do łazienki. Sprzątam miski ze stołu i kładę je do zlewu, zalewając wodą. Z lodówki wyjmuję dwie kanapki i jabłko. Wkładam to do różowego pudełka śniadaniowego Zoe. Do plecaczka chowam też butelkę wody. 
- To co, jedziemy? - pytam, gdy Zoe wraca, pokazując mi że ma czystą buzię i ręce. 
- Taak! - odpowiada. Biegnie do holu, by ubrać buty i kurtkę. 
Jest już kwiecień, więc zaczyna być ciepło. Ubieram swoje ulubione cieliste szpilki i wkładam granatowy trencz. Z komody zabieram torebkę i razem z córeczką wychodzimy z domu. Odwożę Zoe do przedszkola, po czym jadę do pracy. 
Uwielbiam moją pracę. Jestem redaktor naczelną brytyjskiego ELLE. O wpół do dziewiątej siedzę już przed swoim biurkiem, czytając jeden z artykułów do nowego wydania. Na kartce notuję swoje uwagi, po czym zanoszę je Kate, która pisała artykuł. O dziesiątej jestem na sesji zdjęciowej, która przebiega doskonale - Ellie Gulding zachowuje się bardzo profesjonalnie i nie stroi fochów jak to czasem bywa ze sławnymi ludźmi. O dwunastej mam przerwę na lunch, więc idę do Starbucksa. Zamawiam latte i ciastko. Siadam przy wolnym stoliku, wyjmuję z torebki książkę i zaczynam czytać. Po pięciu stronach i dwóch łykach kawy dzwoni mój telefon. Spoglądam na wyświetlacz i odbieram.
- Cześć, mamo - witam się. 
- Cześć, skarbie - mówi mama. - Co u ciebie?
- Wszystko w porządku - odpowiadam. - Zoe jest zdrowa i nic sobie nie złamała w ostatnim czasie - dodaję, uprzedzając kolejne pytanie mamy. 
- To dobrze - mówi, śmiejąc się.
Upijam łyk kawy.
- A co u was? - pytam, krojąc ciasto.
- Też wszystko okej. Tęsknimy za wami. Może przyjedziesz do nas w ten weekend? Albo chociaż przywieziesz nam Zoe? Tata zbudował dla mniej huśtawkę i zjeżdżalnię w ogrodzie. 
- Naprawdę? To cudownie. Zoe na pewno się ucieszy. Przywiozę ją do was w piątek popołudniu.
- Tata się ucieszy. A u ciebie na pewno wszystko w porządku? 
- Tak, mamo. Wszystko jest okej - odpowiadam, starając się brzmieć wiarygodnie. Moja mama jest przewrażliwiona na moim punkcie. 
- No dobrze. W takim razie nie przeszkadzam. Kocham cię.
- Ja ciebie też kocham. Uściskaj tatę. Do zobaczenia w piątek - żegnam się, po czym wracam do czytania książki. 
O trzynastej jestem z powrotem w redakcji. Kończę pisać swój artykuł i zabieram się za napisanie postu na blog. Ten będzie o książkach, które ostatnio przeczytałam (a było ich trochę, ostatnio pochłaniam książki jak szalona, a moja biblioteczka się w szybkim tempie powiększa) i o filmach, które obejrzałam (tych było nieco mniej). O piętnastej wychodzę z redakcji. Spotykam się na mieście z Caroline, z którą robimy zdjęcia mojej dzisiejszej stylizacji. Sesja idzie nam szybko i jadę po Zoe do przedszkola.
- Mamo, zobacz co narysowałam! - mówi, zaraz po tym jak daje mi buziaka na powitanie. Biorę rysunek do ręki. Przedstawia ślicznego małego kotka. - Widziałam jego zdjęcie w książce. Kupimy takiego? - pyta, spoglądając na mnie swoimi dużymi brązowymi oczami.
- Rysunek jest śliczny, a z kotkiem to jeszcze zobaczymy. - Wstaję i łapię Zoe za rękę. W aucie zapinam ją w fotelik, po czym jadę do domu. 
W kuchni czeka już na nas Michael. Witam się z nim buziakiem w policzek. Zoe biegnie do niego jak szalona, rzucając mu się na szyję. 
- Zdążyłem tylko pokroić rybę - mówi. 
- Okej, zrobię resztę. Zajmiesz się Zoe? - pytam, ubierając fartuch. 
- Jasne, jak będziesz chciała żebym ci pomógł to mów. - Bierze Zoe na ręce i idzie z nią do salonu. Włączam radio i zaczynam doprawiać rybę.
Michel jest tylko i wyłącznie moim kolegą. Albo maksymalnie przyjacielem. Znamy się od jakiegoś roku. Trochę mi pomaga i to tyle. Przynajmniej z mojej strony, bo jeśli chodzi o niego to wiem, że liczy na coś więcej niż przyjaźń. I mimo tego, że wylałam na niego kubeł zimnej wody to on wciąż ma nadzieję. Ma świetny kontakt z Zoe, która go uwielbia. I z jednej strony właśnie ze względu na niej powinnam być z Michaelem, jednak z drugiej strony ja kompletnie nic do niego nie czuję. A mimo wszystko wierzę w miłość i chciałabym jej zaznać.
Pół godziny później siedzimy przy stole w salonie i jemy obiad. Zoe trochę grymasi, ale i tak zjada większość. Po obiedzie Michael wkłada naczynia do zmywarki, a ja sprzątam kuchnię. Gdy Zoe ogląda bajki w salonie, z Michaelem siedzimy w ogrodzie. 
- Jak było w pracy? - pytam, siedząc wyciągnięta na leżaku i popijając sok. 
- Już dawno tak się nie wkurzyłem - mówi. - Ten nowy, którego przyjęliśmy miesiąc czy dwa temu przyszedł spóźniony na spotkanie z naszym ważnym klientem. To  jeszcze bym przeżył, gdyby nie to, że w dodatku nie był w ogóle przygotowany. Gdybym ja tak postępował w jego wieku nie zaszedłbym tak daleko! - unosi się.
- Hej, spokojnie - mówię, gładząc jego ramię. Czuję jak pod wpływem mojego dotyku uspokaja się.
- Niech wywinie jeszcze jeden taki numer to go zwolnię - dodaje już spokojniej.
- W pełni sobie na to zasłuży. 
O dziwo jestem tak zmęczona, że zasypiam, jednak gdy się budzę jestem na kanapie w salonie. Michael i Zoe układają puzzle niedaleko mnie. Uśmiecham się na ten widok. Wstaję i przeciągam się. 
- Stwierdziłem, że tu będzie ci pewnie o wiele wygodniej niż w ogrodzie, a poza tym zaczęło padać - mówi Michael, widząc, że wstałam.
- I było wygodniej, dziękuję. Jak wam idzie? - pytam, kucając obok Zoe.
- Dobrze, jesteśmy już w połowie - odpowiada, spoglądając na mnie. Uśmiecham się i głaszczę ją po włosach,
- Jesteście głodni?
- Zjadłabym lody - mówi Zoe.
- Z bitą śmietaną i wiórkami czekolady? 
Lody z bitą śmietaną i wiórkami czekolady to coś, za co Zoe oddałaby większość swoich zabawek. 
- Tak! - krzyczy ucieszona. Wstaję i idę do kuchni. Z lodówki wyjmuję lody. Nakładam je do pucharków, spryskuję bitą śmietaną i posypuję czekoladą. 
- Tylko jedz powoli, żebyś się nie rozchorowała - uprzedzam. 
O dwudziestej Zoe się kąpie, a ja przygotowuję dla niej drugie śniadanie na jutro. Gotowe chowam do lodówki. Idę na górę, by dać jej buziaka na dobranoc, a Michel czyta jej bajkę na dobranoc. Szykuję ubrania dla Zoe i dla siebie. 
- Będę się zbierał - mówi Michel. 
- Napisz, jak będziesz w domu - uśmiecham się do niego.
- Jasne. - Ubiera kurtkę. 
Michael jest naprawdę przystojnym facetem i jest tym czego każda kobieta szuka w facetach. Wysoki, ze świetną fryzurą, ostro zarysowaną szczęką, ciepłymi brązowymi oczami, szerokimi ramionami i twardymi bicepsami. Do tego kocha dzieci, jest czuły, szarmancki i chętny do pomocy. I jak każda kobieta dałaby się za niego posiekać tak ja nie. I nie wiem, co u mnie to powoduje.
Michael daje mi buziaka w policzek i wychodzi. Zamykam za nim dokładnie drzwi, gaszę światło i idę na górę. Biorę kąpiel, podczas której czytam dwa rozdziały książki. Leżąc już w łóżku, obrabiam zdjęcia, które dzisiaj zrobiłam razem z Caroline. Zapisuję sobie w kalendarzu, by zrobić jutro zdjęcia książek. Zasypiam koło dwudziestej trzeciej.

W porze lunchu spotykam się z Carrie w Starbucksie. Dla siebie zamawiam latte i ciastko, a moja przyjaciółka zamawia bezkofeinowe czekoladowe frapuccino i jabłecznik.
Carrie od czasów college'u niewiele się zmieniła: wciąż ma krótkie, lekko kręcone włosy i świetną figurę (mimo tego, że właśnie jest w ciąży). Chyba jedyne co w niej się zmieniło to styl - stał się bardziej wyszukany i elegancki. Często można ją spotkać ubraną w piękne sukienki, żakiety i szpilki. Chociaż teraz, gdy jest w ciąży już rzadziej ubiera buty na obcasie. 
Carrie właśnie otwiera dwie kolejne filie swojej księgarni. Od zawsze była zakochana w książkach, jednak nigdzie w Anglii nie znalazła odpowiedniej dla siebie księgarni, więc postanowiła otworzyć taką, która będzie spełniała jej oczekiwania. Według niej księgarnia powinna mieć odpowiedni klimat i prawdę mówiąc ma rację. Wszędzie księgarnie są nijakie, książki są ułożone z pedantyczną dokładnością. A księgarnia Carrie jest całkowicie odmienna - pachnie w niej świeżym drukiem, kawą, a książki są porozmieszczane trochę chaotycznie. Jest też dużo miejsc, w których można się zaszyć, by poczytać.
Znajdujemy wolny stolik w kącie kawiarni i zajmujemy przy nim miejsce. 
- Co słychać u Michaela? - pyta, gdy upijam łyk kawy. 
- Raczej wszystko w porządku - odpowiadam trochę od niechcenia.
- Wciąż nie wiesz, co z nim zrobić, prawda? - Spogląda na mnie z przekrzywioną głową i troskliwym spojrzeniem.
- Tak... - Wzdycham. - Wiesz, z jednej strony chcę z nim być ze względu na Zoe, chcę by miała ojca. Mają świetny kontakt, taki jak powinien mieć ojciec z córką. Ale z drugiej strony nie chcę ze względu siebie. Ja... Ja kompletnie nic do niego nie czuję - mówię, delikatnie wzruszając ramionami. Spoglądam na Carrie szukając w niej jakieś pomocy.
- Nic do niego nie czujesz, bo wciąż jesteś zakochana w Zaynie chociaż od czterech lat go nie widziałaś i nie miałaś żadnej wiadomości od niego - mówi, wylewając na mnie kubeł zimnej wody. Upija łyk swojego napoju.
- Możliwe… - mówię, udając, że wcale tak nie jest.
- Ophelia, może czas najwyższy odezwać się do niego? Czekałaś cztery lata aż to on się ogarnie i może w magiczny sposób domyśli, że macie dziecko. Żadna dobra wróżka nie poinformowała go o tym, więc pora na ciebie. 
Carrie jak zwykle w tej kwestii jest nieustępliwa. 
- I co ja mu powiem? Cześć, bądź ze mną, bo mamy razem dziecko po tym jak się upiliśmy na twojej imprezie i zaproponowałam ci seks? - pytam ironicznie.
- Szczerość w tej kwestii jest najlepsza. Możesz dokładnie to mu powiedzieć - odpowiada z uśmiechem.
- Skoro ustaliśmy kwestię tego, co mówię to ustalmy kolejną. Jak ja mam mu to powiedzieć? Nie mam bladego pojęcia gdzie jest, nie mam jego numeru telefonu...
- Facebook, skarbie. On wciąż ma tam konto. I z tego co wiem żyje i chyba ma się dobrze. 
- Nie rozmawiałaś z nim, prawda? - pytam przerażona.
Carrie spogląda na mnie z politowaniem.
- Ze względu na ciebie żadna z nas nie ma go w znajomych i żadna z nim nie rozmawiała, chociaż nie raz i nie dwa miała ochotę.
Kamień spada mi z serca. Kroję ciasto i biorę je do ust.
- Naprawdę, musisz coś zrobić. Masz dwa wyjścia jeśli nie chcesz wychowywać Zoe samej: albo być z Michaelem albo go odprawić i być z Zaynem. 
- A co jeśli on kogoś ma? I ma ułożone już życie? Nie chcę wejść w jego życie z butami i poinformować go tak znikąd, że mamy dziecko. 
- Według Facebooka jest wolny. Na instagramie nie ma żadnych zdjęć z dziewczynami. 
- A ty jak zwykle jesteś na bieżąco z jego życiem. Jesteś jego stalkerką?
- Nie, nie jestem - odpowiada, pokazując mi język. 
Postanawiam zmienić temat.
- Jak ciąża?
Carrie spogląda na swój brzuch, a ja upijam kawę.
- Póki co wszystko jest w porządku. Adam jest strasznie przewrażliwiony i chyba zdążył już przeczytać wszystkie możliwe książki o dzieciach i fora w internecie.
- Martwi się, to normalne - odpowiadam. - Dobrze wiesz, że ja miałam to samo. Bardzo się bałam. Ty jesteś w o tyle dobrej sytuacji, że masz Adama i oboje jesteście po studiach i macie pracę. 
- Tak, wiem o tym - odpowiada nieco przygaszona.
- I zawsze jak coś wam pomogę, w końcu mam to za sobą - dodaję, śmiejąc się. Spoglądam na zegarek. - Muszę już lecieć. Widzimy się w sobotę u mnie?
- To już chyba tradycja - odpowiada ze śmiechem.
Chwytam swoją marynarkę i torebkę z oparcia krzesła. Żegnam się buziakiem z Carrie i wracam do redakcji. 
O szesnastej jadę na siłownię. Dziś Michael odbiera Zoe ze szkoły, a ja tymczasem mogę wypocić wczorajsze lody z bitą śmietaną. Po urodzeniu Zoe popadłam w małą obsesję na punkcie wyglądu. W ciąży trochę dużo przytyłam, więc po porodzie, gdy tylko mogłam zaczęłam ćwiczyć. Najpierw w domu, a potem już na siłowni. 
Półtorej godziny później jestem już w domu. 
- Zrobiłam z Michelem obiad! - chwali się już w korytarzu Zoe.
- No to zobaczymy czy będzie tak smaczny jak mój - mówię, łaskocząc ją. Zdejmuję szpilki, a torebkę odstawiam na komodę. Na wieszaku wieszam swoją skórzaną kurtkę. 
- Pachnie cudownie - mówię, wchodząc do kuchni. Michael właśnie wyjmuje z piekarnika lasagne. - Chyba po tym obiedzie będę musiała wrócić na siłownię - dodaję zrozpaczona, gdy widzę jak Michael posypuje lasagne grubą warstwą sera.
- Wyglądasz cudownie - mówi, spoglądając na mnie. 
Obiad jest przepyszny. Michael i Zoe są prawdziwymi mistrzami lasagne. Brudne naczynia chowam do zmywarki i sprzątam kuchnię, bo może i obiad wyszedł im perfekcyjnie, ale też zostawili perfekcyjny bałagan. Na szczęście w piętnaście minut udaje mi się to ogarnąć i wychodzę do ogrodu zrobić zdjęcia, po czym je obrabiam i dodaję do gotowej już treści postu. Publikuję go i wrzucam link do wszystkich social media, na których jestem: od Facebooka po Instagram.

Gdy leżę już w łóżku i zamykam oczy wyobrażam sobie, że wszystko jest tak jak powinno: jestem z Zaynem, razem wychowujemy Zoe, razem mieszkamy... Kochamy się. Jednak te moje co nocne marzenia pozostają tylko marzeniami.