czwartek, 22 października 2015

Rozdział czwarty


Zayn
Dziewczyna odwraca się na krześle barowym. 
- Nie dziękuję, zaraz sobie sama zamówię - mówi, uśmiechając się do mnie.
- To nie było pytanie - odparowuję, obdarzając ją moim najlepszym uśmiechem.
- Ty nigdy nie przyjmujesz odmowy, prawda? - pyta rozbawiona.
- Nigdy - potwierdzam. - Poproszę szkocką z lodem dla mnie, a dla tej ślicznej dziewczyny to co piła wcześniej - zwracam się do barmana. Chwilę później trzymam w ręku swojego drinka.
- Dziękuję - mówi i upija łyk mohito. - Jednak nie napiję się z tobą, bo jestem tutaj z moimi przyjaciółkami.
- Och, sądzę, że nie będą one miały nic przeciwko jeśli na chwilę cię im odbiorę, prawda? - pytam i posyłam trzem dziewczynom swój zawadiacki uśmiech.
- Jasne, przyda się jej towarzystwo faceta - mówi blondynka.
- No widzisz nie mają nic przeciwko. - zwracam się do brunetki. - Wiesz, że skoro spotkaliśmy się już dwa razy w ciągu jednego dnia to to nie może być przypadek? - zaczynam rozmowę.
- Czyżbyś ty miał być tym facetem, który ma mnie zwalić z nóg? - pyta lekko kpiącym głosem.
- Kto wie - odpowiadam zadziornie.
Rozmowa z nią upływa mi miło. Dowiaduję się, że jest naczelną ELLE i mieszka w Londynie od czterech lat. Jest strasznie urocza.
- A ty czym się zajmujesz? - pyta, popijając drinka.
- Aktualnie pracuję w firmie mojego dziadka, którą mam za niedługo po nim przejąć.
- Wow, to świetnie! - mówi wyraźnie zaskoczona. - Firma jest Londynie? Nigdy wcześniej nie widziałam cię tutaj.
- Firma jest w Manchesterze - sprostowuję. - Przyjechałem tutaj tydzień temu w celach biznesowych - kłamię.
- I jako biznesman masz czas na stawianie drinków dziewczynom, których nie znasz? 
- Każdy czasem musi się rozerwać. I nie mam nic przeciwko stawiania drinków ładnym dziewczynom.
Brunetka w odpowiedzi rumieni się.
- Idziemy zatańczyć? - pytam. 
Przegryza dolną wargę jakby się zastanawiała czy się zgodzić. Wygląda to tak cholernie seksownie, że czuję, że w moich spodniach robi się ciasno.
Ophelia miała taki sam nawyk.
- Nie potrafię tańczyć - odpowiada.
- Widziałem już jak nie potrafisz tańczyć. - Wstaję i wyciągam do niej rękę. Ona niepewnie ją chwyta i wstaje. Wzmacniam nieco uścisk i przeciskam się przez tłum ludzi. W końcu znajduję kawałek miejsca dla nas. - Poczuj muzykę - mówię, kładąc dłonie na jej wąskiej talii i obracam nią tak, że jej tyłek powoli ociera się o moje krocze. Dziewczyna coraz pewniej czuje się na parkiecie (zapewne prze alkohol), a mi ten widok coraz bardziej się podoba. Kołysze biodrami na prawo i lewo w rytm piosenki, kręci głową, a jej ręce są uniesione w górę. Patrzenie na nią, gdy tak tańczy, kompletnie nie przejmującą się czymkolwiek to czysta przyjemność. Dwie piosenki później wracamy do baru. Zamawiam kolejne drinki. 
- Muszę do toalety - mówi, wstając.
- Jasne - odpowiadam z uśmiechem. Widzę jak zaczyna się oddalać. Wstaję i idę za nią. Dopadam ją w korytarzu, który prowadzi do toalet. Łapię jej rękę i przyciągam ją do siebie. Mocno chwytam ją w talii i zaczynam całować, przyciskając ją do ściany. Początkowo trochę się opiera, ale po chwili ulega mi. Czuję jej drobne dłonie na moich biodrach. Moja prawa ręka wędruje wyżej i wplata się w jej włosy. Wypycham biodra w jej stronę i czuję jak jej biodra napierają na moje.
- Jedźmy do mnie - mówię lekko zadyszany do jej ucha.
- Okej - zgadza się z uśmiechem. - Ale naprawdę muszę do toalety - dodaje, przegryzając dolną wargę.
- Idź, zaczekam tutaj. - Robię krok w tył pozwalając jej odejść. W środku cały chodzę i nie mogę się już doczekać jak będziemy u mnie i zdejmę z niej tą sukienkę. 
Ona nie zastąpi ci Ophelii, odzywa się głos w mojej głowie.
Ale jest za to odrobinę do niej podobna. Zwłaszcza w tej sukience, bo Ophelia miała taką samą na mojej imprezie. 
Gdy kończę zamawiać taksówkę dziewczyna jest już u mojego boku. Mam nadzieję, że nie zmieniła zdania. Obejmuję ją w talii, bo widzę, że zaczyna się chwiać w swoich szpilkach. 
- Poczekaj, powiem tylko przyjaciółkom, że jadę do ciebie - mówi, spoglądając na mnie. 
- Jasne - odpowiadam. Dziewczyna idzie do baru. Staje pomiędzy koleżankami i coś do nich mówi. Śmieją się. Bierze swoją torebkę i kurtkę, i wraca do mnie. 
- Chodźmy. - Uśmiecha się do mnie. Obejmuję ją w talii i wychodzimy z klubu. Taksówka już na nas czeka. Wsiadamy do środka, podaję kierowcy adres. Wciąż obejmuję ją w talii. 
- Jesteś pijana i to porządnie - zauważam. 
- Chyba o to ci chodziło, nie? - odpowiada, spoglądając na mnie swoimi dużymi, brązowymi oczami, które ma podkreślone czarnym eyelinerem.
- Nie chodzi mi o upijanie ładnych dziewczyn a potem zapraszanie ich do siebie, skarbie. 
- A więc o co? - pyta, prostując się i czekając na odpowiedź. Wygląda uroczo.
- Kto wie - odpowiadam. Kładę dłoń na jej policzku i przyciągam ją do siebie. Moje usta łączą się z jej. Moje druga ręka zjeżdża na jej biodro. 
Kierowca kaszle znacząco. Odklejam się od dziewczyny. Wyjmuję z portfela banknot pięćdziesięciofuntowy. Otwieram drzwi, wychodzę i podaję jej rękę. Dziewczyna powoli, ale z klasą wychodzi z taksówki. Znów łapię ją w talii i prowadzę do mojego mieszkania. Wchodzimy po schodach, otwieram drzwi. W holu zdejmuję jej kurtkę i wieszam ją na wieszaku. Ściągam swoją marynarkę i wieszam ją obok kurtki dziewczyny. Zsuwam buty ze stóp. 
- Zdejmiesz sama swoje buty czy ci pomóc? - pytam lekko rozbawiony tą sytuacją.
- Sama sobie poradzę - mówi, rzucając mi mordercze spojrzenie. Powoli kuca i rozpina najpierw jednego buta, a potem drugiego. Potem wstaje, trzyma się ściany i zsuwa je ze stóp. - Gotowe - oznajmia, patrząc mi prosto w oczy. Podchodzę do niej, kładę ręce na talii i przyciągam ją do siebie. Ona niezdarnie wpada na mnie. Patrzę jej w oczy. Ma takie piękne oczy. Jej usta niespodziewanie atakują moje. Czuję jak jej palce mierzwią moje włosy rozwalając całą fryzurę. Odwzajemniam jej pocałunek, przyciągając ją jeszcze bliżej do siebie.

Gdy się budzę miejsce obok mnie jest puste. Przecieram dłońmi twarz i wstaję. Z komody wyjmuję czyste bokserki i schodzę na dół, licząc na to, że dziewczyna została i pije kawę. W kuchni też jej nie ma. Jest za to kubek po kawie z odbitą na jego krawędzi różową szminką. 

"Poplamiony kubek po kawie z odciskiem Twojej szminki to za mało."

- W takim razie widzimy się za tydzień na podpisaniu umowy - mówi Christopher Jonson ściskając moją dłoń. 
- Dokładnie. Do widzenia. - Zajmuję z powrotem swoje miejsce. Dopijam kawę spoglądając przez okno. 
Po drugiej stronie ulicy zauważam kobietę. Ma na sobie dużo za duży biały sweter, który odsłania jej jedno ramię, granatowe, obcisłe dżiny i czarne szpilki. W ręce niesie torebkę, a w drugiej trzyma telefon, przez który rozmawia. Idzie w kierunku pasów. Nawet nie oglądając się, czy coś jedzie pewnym krokiem wychodzi na ulicę. Zauważam pędzący samochód i doskonale wiem, co zaraz się stanie. Rzucam dwudziestofuntowy banknot, chwytam swoją marynarkę i wybiegam z kawiarni. Auto gwałtownie hamuje, uderza kobietę, która upada kilka metrów dalej. Wokół niej zbiera się grupka ludzi. Przeciskam się przez nich i klękam u jej boku. 
- Niech ktoś zadzwoni po pogotowie! - krzyczę. 
Przyglądam się kobiecie i w przeciągu sekundy docierają do mnie dwie rzeczy. Pierwsza: ta kobieta to moja sąsiadka, której pomogłem z zakupami i z którą spędziłem sobotnią noc. Druga rzecz jest dużo ważniejsza. To Ophelia, którą w końcu znalazłem.
I właśnie teraz leży na środku drogi i prawdopodobnie może z tego nie wyjść. Chcę coś zrobić, ale w tym momencie nie mam bladego pojęcia co powinienem zrobić. Wszystkie kursy pierwszej pomocy poszły się jebać. Chcę ją dotknąć, ale w tym momencie wydaje mi się ona taka krucha, że boję się ją dotknąć by nie zrobić jej krzywdy. 
- Pogotowie już jedzie - mówi ktoś, a chwilę później słyszę syrenę karetki. Spoglądam zrozpaczony na drobne ciało Ophelii. Jej nogi i ręce są nienaturalnie wygięte; jej loki są wzburzone wokół jej twarzy, a czerwone usta rozchylone. 
Czuję jak ktoś łapie mnie za ramiona i podnosi.
- Proszę się odsunąć, pomożemy jej. 
Staję w tłumie i patrzę jak ratownik zakłada jej kołnierz ortopedyczny, a potem świeci latarką po oczach unosząc wcześniej powiekę. 
- Do którego szpitala ją zabieracie? - pytam jednego z sanitariuszy. 
- Do świętego Tomasza.
Gdy mam już iść do auta zauważam leżący na ulicy telefon Ophelii. Podnoszę go. Ma stłuczony wyświetlacz i nie działa. Chowam go do kieszeni i biegnę na parking, na którym zostawiłem samochód. Wsiadam do niego, odpalam silnik i z piskiem opon ruszam do szpitala. Dziesięć minut później jestem już przy punkcie informacyjnym.
- Przywieziono tutaj Ophelię Winslet. Wie pani, gdzie ją znajdę? - pytam. 
Starsza kobieta spogląda na mnie z czułością.
- Już sprawdzam - mówi, po czym wklepuje coś w komputer. - Aktualnie przechodzi badania. Jej lekarzem prowadzącym jest doktor O'Connor, więc o szczegóły proszę jego pytać. Znajdzie go pan na trzecim piętrze. 
- Dziękuję bardzo - odpowiadam. Idę w stronę windy, na którą czekam całą wieczność. Gdy w końcu przyjeżdża muszę jeszcze czekać aż dwie starsze panie na wózkach inwalidzkich z niej wyjadą i dopiero wtedy mogę wsiąść. Wciskam przycisk z numerem trzy i po chwili ruszam na górę. Na korytarzu całkiem szybko udaje mi się znaleźć doktora O'connor.
- Ty tu pracujesz? - pytam zdziwiony, gdy widzę Jamesa mojego kolegę, którego poznałem na studiach. Studiował wtedy medycynę, ale nie spodziewałem się, że go tu spotkam.
- Tak - odpowiada. - W czymś ci pomóc?
- Jesteś prowadzącym lekarzem Ophelii Winslet?
- Tak. Obstawiam, że jesteś kimś z rodziny. 
Jestem zmieszany.
- Nie do końca. Ale byłem świadkiem jej wypadku. Powiesz mi, co z nią jest? Błagam. 
James długo się we mnie wpatruje zanim udziela mi odpowiedzi. 
- Jak na taki wypadek to miała dużo szczęścia. Jest mocno poobijana, ma złamane dwa żebra i wstrząśnienie mózgu. Musi tu zostać przez kilka dni, ale wyjdzie z tego. 
Kamień spada mi z serca.
- Mogę ją zobaczyć? - pytam nieśmiało.
- Tak, ale tylko na chwilę.
- Dziękuję. - Klepię go po ramieniu.
- Sala 349.
Przemierzam długi korytarz zanim docieram do sali, w której leży Ophelia. Do jej drobnego ciała przyczepione jest całe mnóstwo rurek. Siadam na krześle obok niej i delikatnie chwytam jej dłoń. Budzi się i spogląda na mnie.
- Cześć Ophelia- mówię nieśmiało. - To ja, Zayn. Poznajesz mnie?
Źrenice Ophelii rozszerzają się.
- Co... Co tu robisz? - pyta cicho.
- Widziałem twój wypadek i chciałem sprawdzić co z tobą. Martwiłem się. 
- Kim jesteś? - pyta mnie męski głos zza moich pleców. Odwracam się na krześle i widzę wysokiego mężczyznę, który trzyma za rączkę małą dziewczynkę. To ta sama dziewczynka, którą widziałem, gdy byłem u rodziców Ophelii. Czy ten facet...?
- Nie jesteś nikim z rodziny, więc musisz stąd wyjść - mówi. 
Spoglądam na Ophelię szukając w niej jakieś odpowiedzi. Jednak ona nawet na mnie nie patrzy. Wstaję i wychodzę z sali. 
Kim jest ten facet? Przecież Ophelia powiedziała, że nie ma chłopaka. Nie zauważyłem u niej obrączki. I z resztą uprawiała ze mną seks! Przecież nie zrobiłaby tego będąc w związku. A ta dziewczynka? Jest ich córką? O co tu chodzi?
Będąc w aucie uderzam czołem o kierownicę. Nic nie rozumiem z tego co tu zastałem. Odpalam silnik, wyjeżdżam z parkingu. Zamiast jechać do domu krążę bez celu po mieście. 
Na co ja liczyłem? Na to, że zastanę ją tutaj samotną bez faceta u boku? Przecież to normalne że ludzie w naszym wieku są w związkach. Ophelia z resztą była piękną kobietą, więc to tym bardziej naturalne, że ma kogoś. Tymczasem nie dość, że ma faceta to jeszcze ma z nim dziecko. 

"Mój umysł obraca się wokół Ciebie i mnie. Każdy kto jest pomiędzy nami jest wrogiem."

Tydzień później  jakoś po dwunastej przekraczam próg jednego z londyńskich Starbucksów. Zamawiam kawę i siadam przy jednym z wolnych stolików. Przeglądam maile w komórce, gdy słyszę znajomy mi głos:
- Poproszę latte i ciastko. 
Podnoszę swój wzrok znad telefonu i spoglądam w stronę kasy. Mój słuch mnie nie zawiódł. Stoi tam Ophelia i jak zwykle wygląda cudownie. Ma na sobie obcisłą białą koszulkę w czerwone paski, dresowe spodnie, które są luźne w udach a obcisłe na łydkach, białe krótkie conversy i skórzaną kurtkę. W ręce trzyma dużą, sztywną torebkę z krótkimi rączkami. 
Odbiera swoje zamówienie, obdarzając uśmiechem baristę i idzie w przeciwną do mnie stronę. Zajmuje miejsce w kącie kawiarni i wyjmuje z torebki książkę. Łapię swój kubek i wstaję. 
- Wciąż zamawiasz latte i ciastko - mówię, będąc koło stolika Ophelii. 
Powoli podnosi wzrok znad książki i spogląda na mnie zaskoczona. Po czym zaskakuje mnie i wstaje, łapiąc książkę i torebkę. Szybkim krokiem wychodzi z kawiarni. Idę za nią. 
- Ophelia, zaczekaj! - krzyczę za nią, gdy jesteśmy na ulicy. Przyspieszam i łapię ją za rękę. Ophelia odwraca się twarzą do mnie. 
- Co ty tak naprawdę tu robisz, co? - pyta, wyraźnie wkurzona.
- Tak naprawdę to przyjechałem cię odnaleźć - mówię, patrząc jej w oczy. Ophelia wyrywa rękę z mojego uścisku i znów szybkim krokiem oddala się ode mnie. Szybko zrywam się, doganiam ją, łapię w pasie i przytulam do siebie.
- Ophelia, kocham cię - mówię dobitnie. 
- Ja ciebie też kocham, Zayn. Ale teraz jest o cztery lata za późno na takie wyznania. - Robi pauzę, rozglądając się wokół nas. - Mamy razem dziecko, wiesz? - pyta ironicznie, a mi opada szczęka. - Ale spokojnie, nie oczekuję od ciebie żadnej pomocy. Przez te cztery lata nauczyłam się jak sobie radzić samej - dodaje, po czym wykorzystuje moje chwilowe zawieszenie i ponownie wyrywa się z mojego uścisku. Patrzę na jej oddalającą się sylwetkę, nie wiedząc co mam zrobić i od czego zacząć. 
Mam z nią dziecko. Ta mała, śliczna dziewczynka jest moją córką. Jestem ojcem. Ophelia mnie kocha. A więc kim do kurwy nędzy jest ten złamas, który obok niej się kręci?!

__________________
Przyznam się, że trochę się bałam dodać ten rozdział ze względu na scenę erotyczną. Ale mam nadzieję, że dobrze przyjmiecie ten rozdział. :) Dajcie znać co myślicie.