Ophelia
Punktualnie o szóstej dzwoni mój budzik. Wyłączam go i wstaję z łóżka. Idę do łazienki, biorę prysznic, myję zęby i twarz. Suszę włosy na okrągłej szczotce, robię swój codzienny, lekki makijaż: smoky eye w odcieniach brązu z cienką czarną kreską eyelinerem i różową szminką na ustach. Z garderoby wyjmuję niebieską koszulę z długim rękawem i czarne cygaretki do kostek. Ubieram to, a szyję ozdabiam delikatnym złotym łańcuszkiem z dwoma złączonymi sercami. Na nadgarstku zapinam swój złoty zegarek. Spryskuję się jeszcze moimi ulubionymi perfumami i jestem gotowa.
Punkt siódma wchodzę do różowego pokoju Zoe i budzę ją. Moja córeczka bardzo powoli wstaje, więc zaczynam ją łaskotać. Zaprowadzam ją do łazienki i pilnuję, by dokładnie umyła zęby. W tym czasie rozczesuję jej włosy i zaplatam je w francuza.
- Ubierz się, a ja zrobię śniadanie - mówię, całując ją w policzek, gdy już kończy myć ząbki. Schodzę na dół i w kuchni gotuję mleko. Do dwóch misek sypię czekoladowe płatki śniadaniowe. Gdy są one gotowe Zoe akurat schodzi po schodach. Sadzam ją na wysokim krześle przy wyspie kuchennej i razem jemy śniadanie.
- Umyj buzię, a ja spakuję ci drugie śniadanie - mówię, gdy nasze miski są już puste.
- Dobrze, mamusiu - odpowiada, zeskakując z krzesła i biegnie do łazienki. Sprzątam miski ze stołu i kładę je do zlewu, zalewając wodą. Z lodówki wyjmuję dwie kanapki i jabłko. Wkładam to do różowego pudełka śniadaniowego Zoe. Do plecaczka chowam też butelkę wody.
- To co, jedziemy? - pytam, gdy Zoe wraca, pokazując mi że ma czystą buzię i ręce.
- Taak! - odpowiada. Biegnie do holu, by ubrać buty i kurtkę.
Jest już kwiecień, więc zaczyna być ciepło. Ubieram swoje ulubione cieliste szpilki i wkładam granatowy trencz. Z komody zabieram torebkę i razem z córeczką wychodzimy z domu. Odwożę Zoe do przedszkola, po czym jadę do pracy.
Uwielbiam moją pracę. Jestem redaktor naczelną brytyjskiego ELLE. O wpół do dziewiątej siedzę już przed swoim biurkiem, czytając jeden z artykułów do nowego wydania. Na kartce notuję swoje uwagi, po czym zanoszę je Kate, która pisała artykuł. O dziesiątej jestem na sesji zdjęciowej, która przebiega doskonale - Ellie Gulding zachowuje się bardzo profesjonalnie i nie stroi fochów jak to czasem bywa ze sławnymi ludźmi. O dwunastej mam przerwę na lunch, więc idę do Starbucksa. Zamawiam latte i ciastko. Siadam przy wolnym stoliku, wyjmuję z torebki książkę i zaczynam czytać. Po pięciu stronach i dwóch łykach kawy dzwoni mój telefon. Spoglądam na wyświetlacz i odbieram.
- Cześć, mamo - witam się.
- Cześć, skarbie - mówi mama. - Co u ciebie?
- Wszystko w porządku - odpowiadam. - Zoe jest zdrowa i nic sobie nie złamała w ostatnim czasie - dodaję, uprzedzając kolejne pytanie mamy.
- To dobrze - mówi, śmiejąc się.
Upijam łyk kawy.
- A co u was? - pytam, krojąc ciasto.
- Też wszystko okej. Tęsknimy za wami. Może przyjedziesz do nas w ten weekend? Albo chociaż przywieziesz nam Zoe? Tata zbudował dla mniej huśtawkę i zjeżdżalnię w ogrodzie.
- Naprawdę? To cudownie. Zoe na pewno się ucieszy. Przywiozę ją do was w piątek popołudniu.
- Tata się ucieszy. A u ciebie na pewno wszystko w porządku?
- Tak, mamo. Wszystko jest okej - odpowiadam, starając się brzmieć wiarygodnie. Moja mama jest przewrażliwiona na moim punkcie.
- No dobrze. W takim razie nie przeszkadzam. Kocham cię.
- Ja ciebie też kocham. Uściskaj tatę. Do zobaczenia w piątek - żegnam się, po czym wracam do czytania książki.
O trzynastej jestem z powrotem w redakcji. Kończę pisać swój artykuł i zabieram się za napisanie postu na blog. Ten będzie o książkach, które ostatnio przeczytałam (a było ich trochę, ostatnio pochłaniam książki jak szalona, a moja biblioteczka się w szybkim tempie powiększa) i o filmach, które obejrzałam (tych było nieco mniej). O piętnastej wychodzę z redakcji. Spotykam się na mieście z Caroline, z którą robimy zdjęcia mojej dzisiejszej stylizacji. Sesja idzie nam szybko i jadę po Zoe do przedszkola.
- Mamo, zobacz co narysowałam! - mówi, zaraz po tym jak daje mi buziaka na powitanie. Biorę rysunek do ręki. Przedstawia ślicznego małego kotka. - Widziałam jego zdjęcie w książce. Kupimy takiego? - pyta, spoglądając na mnie swoimi dużymi brązowymi oczami.
- Rysunek jest śliczny, a z kotkiem to jeszcze zobaczymy. - Wstaję i łapię Zoe za rękę. W aucie zapinam ją w fotelik, po czym jadę do domu.
W kuchni czeka już na nas Michael. Witam się z nim buziakiem w policzek. Zoe biegnie do niego jak szalona, rzucając mu się na szyję.
- Zdążyłem tylko pokroić rybę - mówi.
- Okej, zrobię resztę. Zajmiesz się Zoe? - pytam, ubierając fartuch.
- Jasne, jak będziesz chciała żebym ci pomógł to mów. - Bierze Zoe na ręce i idzie z nią do salonu. Włączam radio i zaczynam doprawiać rybę.
Michel jest tylko i wyłącznie moim kolegą. Albo maksymalnie przyjacielem. Znamy się od jakiegoś roku. Trochę mi pomaga i to tyle. Przynajmniej z mojej strony, bo jeśli chodzi o niego to wiem, że liczy na coś więcej niż przyjaźń. I mimo tego, że wylałam na niego kubeł zimnej wody to on wciąż ma nadzieję. Ma świetny kontakt z Zoe, która go uwielbia. I z jednej strony właśnie ze względu na niej powinnam być z Michaelem, jednak z drugiej strony ja kompletnie nic do niego nie czuję. A mimo wszystko wierzę w miłość i chciałabym jej zaznać.
Pół godziny później siedzimy przy stole w salonie i jemy obiad. Zoe trochę grymasi, ale i tak zjada większość. Po obiedzie Michael wkłada naczynia do zmywarki, a ja sprzątam kuchnię. Gdy Zoe ogląda bajki w salonie, z Michaelem siedzimy w ogrodzie.
- Jak było w pracy? - pytam, siedząc wyciągnięta na leżaku i popijając sok.
- Już dawno tak się nie wkurzyłem - mówi. - Ten nowy, którego przyjęliśmy miesiąc czy dwa temu przyszedł spóźniony na spotkanie z naszym ważnym klientem. To jeszcze bym przeżył, gdyby nie to, że w dodatku nie był w ogóle przygotowany. Gdybym ja tak postępował w jego wieku nie zaszedłbym tak daleko! - unosi się.
- Hej, spokojnie - mówię, gładząc jego ramię. Czuję jak pod wpływem mojego dotyku uspokaja się.
- Niech wywinie jeszcze jeden taki numer to go zwolnię - dodaje już spokojniej.
- W pełni sobie na to zasłuży.
O dziwo jestem tak zmęczona, że zasypiam, jednak gdy się budzę jestem na kanapie w salonie. Michael i Zoe układają puzzle niedaleko mnie. Uśmiecham się na ten widok. Wstaję i przeciągam się.
- Stwierdziłem, że tu będzie ci pewnie o wiele wygodniej niż w ogrodzie, a poza tym zaczęło padać - mówi Michael, widząc, że wstałam.
- I było wygodniej, dziękuję. Jak wam idzie? - pytam, kucając obok Zoe.
- Dobrze, jesteśmy już w połowie - odpowiada, spoglądając na mnie. Uśmiecham się i głaszczę ją po włosach,
- Jesteście głodni?
- Zjadłabym lody - mówi Zoe.
- Z bitą śmietaną i wiórkami czekolady?
Lody z bitą śmietaną i wiórkami czekolady to coś, za co Zoe oddałaby większość swoich zabawek.
- Tak! - krzyczy ucieszona. Wstaję i idę do kuchni. Z lodówki wyjmuję lody. Nakładam je do pucharków, spryskuję bitą śmietaną i posypuję czekoladą.
- Tylko jedz powoli, żebyś się nie rozchorowała - uprzedzam.
O dwudziestej Zoe się kąpie, a ja przygotowuję dla niej drugie śniadanie na jutro. Gotowe chowam do lodówki. Idę na górę, by dać jej buziaka na dobranoc, a Michel czyta jej bajkę na dobranoc. Szykuję ubrania dla Zoe i dla siebie.
- Będę się zbierał - mówi Michel.
- Napisz, jak będziesz w domu - uśmiecham się do niego.
- Jasne. - Ubiera kurtkę.
Michael jest naprawdę przystojnym facetem i jest tym czego każda kobieta szuka w facetach. Wysoki, ze świetną fryzurą, ostro zarysowaną szczęką, ciepłymi brązowymi oczami, szerokimi ramionami i twardymi bicepsami. Do tego kocha dzieci, jest czuły, szarmancki i chętny do pomocy. I jak każda kobieta dałaby się za niego posiekać tak ja nie. I nie wiem, co u mnie to powoduje.
Michael daje mi buziaka w policzek i wychodzi. Zamykam za nim dokładnie drzwi, gaszę światło i idę na górę. Biorę kąpiel, podczas której czytam dwa rozdziały książki. Leżąc już w łóżku, obrabiam zdjęcia, które dzisiaj zrobiłam razem z Caroline. Zapisuję sobie w kalendarzu, by zrobić jutro zdjęcia książek. Zasypiam koło dwudziestej trzeciej.
W porze lunchu spotykam się z Carrie w Starbucksie. Dla siebie zamawiam latte i ciastko, a moja przyjaciółka zamawia bezkofeinowe czekoladowe frapuccino i jabłecznik.
Carrie od czasów college'u niewiele się zmieniła: wciąż ma krótkie, lekko kręcone włosy i świetną figurę (mimo tego, że właśnie jest w ciąży). Chyba jedyne co w niej się zmieniło to styl - stał się bardziej wyszukany i elegancki. Często można ją spotkać ubraną w piękne sukienki, żakiety i szpilki. Chociaż teraz, gdy jest w ciąży już rzadziej ubiera buty na obcasie.
Carrie właśnie otwiera dwie kolejne filie swojej księgarni. Od zawsze była zakochana w książkach, jednak nigdzie w Anglii nie znalazła odpowiedniej dla siebie księgarni, więc postanowiła otworzyć taką, która będzie spełniała jej oczekiwania. Według niej księgarnia powinna mieć odpowiedni klimat i prawdę mówiąc ma rację. Wszędzie księgarnie są nijakie, książki są ułożone z pedantyczną dokładnością. A księgarnia Carrie jest całkowicie odmienna - pachnie w niej świeżym drukiem, kawą, a książki są porozmieszczane trochę chaotycznie. Jest też dużo miejsc, w których można się zaszyć, by poczytać.
Znajdujemy wolny stolik w kącie kawiarni i zajmujemy przy nim miejsce.
- Co słychać u Michaela? - pyta, gdy upijam łyk kawy.
- Raczej wszystko w porządku - odpowiadam trochę od niechcenia.
- Wciąż nie wiesz, co z nim zrobić, prawda? - Spogląda na mnie z przekrzywioną głową i troskliwym spojrzeniem.
- Tak... - Wzdycham. - Wiesz, z jednej strony chcę z nim być ze względu na Zoe, chcę by miała ojca. Mają świetny kontakt, taki jak powinien mieć ojciec z córką. Ale z drugiej strony nie chcę ze względu siebie. Ja... Ja kompletnie nic do niego nie czuję - mówię, delikatnie wzruszając ramionami. Spoglądam na Carrie szukając w niej jakieś pomocy.
- Nic do niego nie czujesz, bo wciąż jesteś zakochana w Zaynie chociaż od czterech lat go nie widziałaś i nie miałaś żadnej wiadomości od niego - mówi, wylewając na mnie kubeł zimnej wody. Upija łyk swojego napoju.
- Możliwe… - mówię, udając, że wcale tak nie jest.
- Ophelia, może czas najwyższy odezwać się do niego? Czekałaś cztery lata aż to on się ogarnie i może w magiczny sposób domyśli, że macie dziecko. Żadna dobra wróżka nie poinformowała go o tym, więc pora na ciebie.
Carrie jak zwykle w tej kwestii jest nieustępliwa.
- I co ja mu powiem? Cześć, bądź ze mną, bo mamy razem dziecko po tym jak się upiliśmy na twojej imprezie i zaproponowałam ci seks? - pytam ironicznie.
- Szczerość w tej kwestii jest najlepsza. Możesz dokładnie to mu powiedzieć - odpowiada z uśmiechem.
- Skoro ustaliśmy kwestię tego, co mówię to ustalmy kolejną. Jak ja mam mu to powiedzieć? Nie mam bladego pojęcia gdzie jest, nie mam jego numeru telefonu...
- Facebook, skarbie. On wciąż ma tam konto. I z tego co wiem żyje i chyba ma się dobrze.
- Nie rozmawiałaś z nim, prawda? - pytam przerażona.
Carrie spogląda na mnie z politowaniem.
- Ze względu na ciebie żadna z nas nie ma go w znajomych i żadna z nim nie rozmawiała, chociaż nie raz i nie dwa miała ochotę.
Kamień spada mi z serca. Kroję ciasto i biorę je do ust.
- Naprawdę, musisz coś zrobić. Masz dwa wyjścia jeśli nie chcesz wychowywać Zoe samej: albo być z Michaelem albo go odprawić i być z Zaynem.
- A co jeśli on kogoś ma? I ma ułożone już życie? Nie chcę wejść w jego życie z butami i poinformować go tak znikąd, że mamy dziecko.
- Według Facebooka jest wolny. Na instagramie nie ma żadnych zdjęć z dziewczynami.
- A ty jak zwykle jesteś na bieżąco z jego życiem. Jesteś jego stalkerką?
- Nie, nie jestem - odpowiada, pokazując mi język.
Postanawiam zmienić temat.
- Jak ciąża?
Carrie spogląda na swój brzuch, a ja upijam kawę.
- Póki co wszystko jest w porządku. Adam jest strasznie przewrażliwiony i chyba zdążył już przeczytać wszystkie możliwe książki o dzieciach i fora w internecie.
- Martwi się, to normalne - odpowiadam. - Dobrze wiesz, że ja miałam to samo. Bardzo się bałam. Ty jesteś w o tyle dobrej sytuacji, że masz Adama i oboje jesteście po studiach i macie pracę.
- Tak, wiem o tym - odpowiada nieco przygaszona.
- I zawsze jak coś wam pomogę, w końcu mam to za sobą - dodaję, śmiejąc się. Spoglądam na zegarek. - Muszę już lecieć. Widzimy się w sobotę u mnie?
- To już chyba tradycja - odpowiada ze śmiechem.
Chwytam swoją marynarkę i torebkę z oparcia krzesła. Żegnam się buziakiem z Carrie i wracam do redakcji.
O szesnastej jadę na siłownię. Dziś Michael odbiera Zoe ze szkoły, a ja tymczasem mogę wypocić wczorajsze lody z bitą śmietaną. Po urodzeniu Zoe popadłam w małą obsesję na punkcie wyglądu. W ciąży trochę dużo przytyłam, więc po porodzie, gdy tylko mogłam zaczęłam ćwiczyć. Najpierw w domu, a potem już na siłowni.
Półtorej godziny później jestem już w domu.
- Zrobiłam z Michelem obiad! - chwali się już w korytarzu Zoe.
- No to zobaczymy czy będzie tak smaczny jak mój - mówię, łaskocząc ją. Zdejmuję szpilki, a torebkę odstawiam na komodę. Na wieszaku wieszam swoją skórzaną kurtkę.
- Pachnie cudownie - mówię, wchodząc do kuchni. Michael właśnie wyjmuje z piekarnika lasagne. - Chyba po tym obiedzie będę musiała wrócić na siłownię - dodaję zrozpaczona, gdy widzę jak Michael posypuje lasagne grubą warstwą sera.
- Wyglądasz cudownie - mówi, spoglądając na mnie.
Obiad jest przepyszny. Michael i Zoe są prawdziwymi mistrzami lasagne. Brudne naczynia chowam do zmywarki i sprzątam kuchnię, bo może i obiad wyszedł im perfekcyjnie, ale też zostawili perfekcyjny bałagan. Na szczęście w piętnaście minut udaje mi się to ogarnąć i wychodzę do ogrodu zrobić zdjęcia, po czym je obrabiam i dodaję do gotowej już treści postu. Publikuję go i wrzucam link do wszystkich social media, na których jestem: od Facebooka po Instagram.
Gdy leżę już w łóżku i zamykam oczy wyobrażam sobie, że wszystko jest tak jak powinno: jestem z Zaynem, razem wychowujemy Zoe, razem mieszkamy... Kochamy się. Jednak te moje co nocne marzenia pozostają tylko marzeniami.