wtorek, 8 grudnia 2015

Rozdział piąty


Zayn
Będąc w domu ciągle myślę nad tym, że Ophelia mnie kocha i o tym, że mamy razem dziecko. Przez cztery lata usychania z tęsknoty za nią nawet przez myśl mi nie przeszło to, że możemy mieć razem dziecko. 
Wyjmuję telefon z kieszeni i dzwonię do Davida, któremu ostatnio powiedziałem po co tak naprawdę przyjechałem do Bradford. 
- Siema, co jest? - pyta. 
- Cześć. Stary, nawet nie wiem od czego zacząć... - Wdycham. 
- Znalazłeś Ophelię? 
Stoję przed przeszklonymi drzwiami prowadzącymi do ogrodu i widzę przez nie grubego rudego kota, który wyleguje się na murku. 
- Tak, znalazłem ją... 
- Powiedziałeś jej co do niej czujesz?
- Tak. I ona też mnie kocha.
- No to bingo stary. Jednak nie brzmisz jakbyś się cieszył z tego powodu. 
- Mam z nią dziecko - wyrzucam  z siebie.
- Co takiego? - pyta zdziwiony. - Przecież ty nigdy z nią nie spałeś! Stary może wpadła z innym i...
- Spałem z nią na mojej imprezie na zakończenie college'u - wyjaśniam szybko.
- I mi tego nie powiedziałeś? - pyta z wyrzutem.
- Przepraszam, nie było kiedy. 
- Spałeś z dziewczyną, z którą każdy z nas chciał się przespać i nam o tym nie powiedziałeś, stary. 
- Przepraszam, naprawdę. Ale to jeszcze nie koniec. Wokół niej kręci się jakiś koleś. Początkowo myślałem, że on jest jej chłopakiem albo mężem i to z nim ma dziecko. Gdy pierwszy raz spotkałem Ophelię nie poznałem jej. I wtedy dowiedziałem się, że nie ma chłopaka. I jeszcze tego samego dnia wylądowaliśmy razem w łóżku... A kilka dni później Ophelia miała wypadek. Została potrącona przez samochód. Byłem tego świadkiem, pojechałem za nią do szpitala. I do szpitala przyszedł też ten facet razem z naszą córką. 
- Stary, to jest popierdolone jak hiszpańska telenowela.
- Wiem - burczę. 
- Co zamierzasz zrobić z faktem, że macie razem dziecko? - pyta wyraźnie zaciekawiony.
- Najpierw muszę pogadać z Ophelią. Ale chciałbym małą poznać i być dla niej najlepszym tatą na świecie - odpowiadam, wciąż gapiąc się na rudego kota.
- Powodzenia, stary. Muszę kończyć. Odezwij się jeszcze. 
- Dzięki. Cześć. - Rozłączam się. Rzucam ostatnie spojrzenie na kota, po czym odwracam się i idę na górę. Wyjmuję z szafy ubrania na siłownię i pakuję je do torby. Z kuchni zabieram butelkę wody i wychodzę z domu.
Będąc na siłowni wyżywam się na worku treningowym. Wyobrażam sobie, że worek to twarz tego złamasa, który kręci się wokół Ophelii i naszej córki. Gdy podnoszę sztangę układam sobie w głowie plan. Muszę pogadać z Ophelią i to poważnie. I mam nadzieję, że mi się to uda. 
Dwie godziny później stoję przed drzwiami domu Ophelii. Dzwonię na dzwonek, robię krok w tył i czekam. 
- Mamusiu, ktoś dzwonił! - Głos należy do małej dziewczynki. Jak ona się nazywała? A tak, Zoe. Uśmiecham się.
- Zoe, nie otwieraj, mama już idzie. - Słyszę kroki Ophelii, która chwilę później stroi w drzwiach. Zza jej nóg wygląda Zoe. Jest śliczna. - Cześć - mówi trochę obojętnym tonem. Nie jest zdziwiona tym, że mnie widzi. 
- Hej. Doszedłem do wniosku, że musimy poważnie porozmawiać - mówię prosto z mostu. 
Ophelia chwilę się zastanawia nad tym co odpowiedzieć.
- Bądź jutro o dwunastej w tym Starbucksie co dzisiaj. 
- Jasne, nie ma problemu. A i jeszcze jedno. - Wyjmuję z tylnej kieszeni spodni telefon Ophelii. Podaję go jej. 
- O Boże, dziękuję. Mam w nim wszystko i już myślałam, że ktoś go ukradł... 
- Zgarnąłem go, bo właśnie też się bałem, że ktoś go zabierze. - Uśmiecham się delikatnie. - Do zobaczenia jutro.
- Cześć. 
Odwracam się na pięcie. Okej, pierwszy punkt planu zrealizowany. Wyciągam z kieszeni paczkę papierosów. Zapalam papierosa, zaciągam się i czuję się uspokojony. Wracam do domu, biorę laptopa i idę z nim do ogrodu. Wyciągam się na leżaku, włączam komputer i przeglądam dokumenty, które wysłał mi dziadek. 
Kończę pracę dopiero, gdy jest ciemno. Napiłbym się piwa, więc wkładam kurtkę skórzaną, buty i wychodzę z domu. Piętnaście minut później jestem już w pubie i piję pierwsze piwo. 
Z zamyślenia wyrywa mnie pytanie:
  - Wolne?
Spoglądam na faceta, który zadał pytanie. Jest mniej więcej w moim wieku, ma dłuższe blond włosy, niebieskie oczy. Ma na sobie granatową koszulkę polo, dżinsy i bluzę.
- Jasne - odpowiadam. 
- Jestem Logan - przedstawia się, wyciągając do mnie rękę.
- Zayn.
Chwilę później rozmawiamy o biznesie i gospodarce. A przy trzecim piwie opowiadam mu o Ophelii i całej sytuacji z nią zwiąnej. 
- Opisujesz ją jakby była wszechmogącą boginią. Jeśli tak jak mówisz zależy ci na niej to działaj. Walcz o nią, pokaż że ci na niej zależy i że zasługujesz na drugą szansę. Tylko nie możesz nic po drodze zjebać, bo wtedy będziesz spalony - radzi mi Logan. 
- Zamierzam walczyć. Skoro już ją znalazłem to się nie poddam. Wypierdolę tego złamasa, co się koło niej kręci, na zbity pysk i zajmę się i nią i naszą córką. To moim obowiązkiem jest opiekowanie się nimi i dbanie o to, by niczego im nie brakowało. 
- Za wszechmogącą dziewczynę - wzosi toast Logan podczas czwartej kolejki.
Kończymy koło północy, będąc już po pięciu piwach. Droga powrotna z pubu zajmuje mi dwa razy więcej czasu niż przyjście do niego. W domu padam na łóżko w ubraniach i zasypiam zanim zdążę się przykryć kołdrą.
Po przebudzeniu się leżę chwilę w łóżku i układam sobie wczorajsze wydarzenia. Sekundę później dociera do mnie, że dzisiaj spotykam się z Ophelią. Sprawdzam godzinę. Jest jedenasta. Wyskakuję z łóżka i biegnę pod prysznic. Pięć minut później suszę włosy. Gdy są już suche biorę żel i stawiam włosy. Myję zęby. Z szafy wyjmuję niebieską koszulę i czarne dżinsy. Jest już wpół do dwunastej, więc schodzę na dół, wkładam marynarkę i buty, biorę dokumenty i kluczyki do samochodu. Wsiadam do auta i ruszam z piskiem opon spod domu. Oczywiście po drodze są korki i modlę się, bym się nie spóźnił. Gdy jestem już w centrum nie ma nigdzie wolnego miejsca do zaparkowania.
Czy dzisiaj cały świat musi być przeciwko mnie do kurwy nędzy?!
Za dwie dwunasta przekraczam próg Starbucksa. Ophelii jeszcze nie ma, więc podchodzę do kasy.
- Poproszę zwykłą czarną kawę, latte i ciastko - zamawiam. 
- Jasne, już się robi - odpowiada niska blondynka, obdarzając mnie swoim najlepszym uśmiechem. Sorry, mała nie mam czasu na flirt, myślę. 
Chwilę później siedzę przy wolnym stoliku. 
Mam nadzieję, że mnie nie wystawi.
Dziesięć po dwunastej Ophelia pojawia się w kawiarni. Gdy idzie w moją stronę wszyscy faceci się za nią oglądają, a ja mam za to ochotę skręcić im za to karki. Ona jest moja.
Ma na sobie granatowe dżinsy, białą luźną koszulkę, czarną marynarkę i szpilki z motywem panterki. Na zgięciu ramienia ma zawieszoną dużą torebkę. Jej włosy są w lekkim nieładzie, ale za to makijaż jest nienaganny. Wygląda przepięknie. 
- Hej, przepraszam za spóźnienie - mówi, schylając się, by dać mi całusa w policzek. 
- Nic się nie stało - odpowiadam z uśmiechem, patrząc jak zajmuje miejsce na przeciwko mnie. - Zamówiłem ci latte i ciastko. 
- Dziękuję. - Uśmiecha się i upija łyk kawy. - Zatem o czym chciałeś porozmawiać? - pyta, spoglądając na mnie. Zdejmuje swoją marynarkę i zauważam na jej rękach żółte siniaki. Przez sekundę myślę o tym, że ten złamas ją pobił, ale później przypominam sobie o wypadku i oddycham z ulgą.
- O... nas?
Ophelia wzdycha.
- Zayn, aktualnie nie ma "nas". Jesteś ty, który wyjechałeś cztery lata temu nic mi nie mówiąc i jestem ja, która wychowuje naszą córkę. Ot tak nie będzie nas. 
Kurwa, ma rację. Czuję się jak kretyn.
- Mógłbym poznać Zoe? - pytam z nadzieją.
Ophelia przegryza dolną wargę.
- Nie wiem, Zayn - mówi w końcu. - Co miałabym jej powiedzieć? 
- Prawdę. Na pewno jest mądra po mamie i zrozumie - odpowiadam. Delikatnie się uśmiecham, mając nadzieję, że moja odpowiedź ją przekona.
- Przemyślę to jeszcze. Ale nie chcę jej robić wody z głowy i wozić jej od ciebie do mnie. Chcę żeby miała normalną rodzinę, z mamą i tatą w jednym domu.
- Też tego chcę, Ophelio - mówię, całkowicie szczerze.
- I co? Tak nagle się do mnie wprowadzisz i będziemy próbować stworzyć rodzinę? Zaczniemy się bawić w dom i udawać dobrych rodziców i że nigdy tak naprawdę mnie nie zostawiłeś? - pyta z sarkazmem. Chyba zaczyna być zła.
- Nie musimy udawać, że tak naprawdę cię nie zostawiłem. Popełniłem błąd, Ophelia. Teraz to wiem. Gdybym wiedział, że mnie kochasz i że jesteś w ciąży to bym coś wymyślił żebyś nie była sama - wyjaśniam, łąpiąc ją za rękę. Nie wyrywa ręki z mojego uścisku co odbieram za dobry znak.
- Daj mi to wszystko przemyśleć, Zayn. Spadłeś z nieba, nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek się spotkamy. 
- Dobrze. Mogę jeszcze o coś zapytać?
Ophelia przytakuje i upija kawę.
- Kim jest ten facet, który z tobą mieszka?
Nie wydaje się być zaskoczona, że o niego pytam.
- Michael nie mieszka ze mną - zaczyna. - Tak jak już mówiłam nie jest moim chłopakiem chociaż wiem, że patrząc z boku to może tak wyglądać. Jest kimś na rodzaj przyjaciela. Trochę mi pomaga przy Zoe, bo sama tego wszystkiego bym nie ogarnęła. 
- Ale teraz już go nie potrzebujesz, bo masz mnie. Jestem gotowy zrobić dla ciebie i Zoe wszystko. Chcę być częścią waszego świata. Zależy mi na was. - wyznaję, patrząc Ophelii prosto w oczy. 
- Zayn, muszę już iść - mówi, wyjmując dłoń z mojego uścisku. - Przemyślę to wszystko i dam ci znać. Jak długo będziesz jeszcze w Londynie? - Zdejmuje z oparcia krzesła marynarkę i wkłada ją.  Dopija kawę.
- Póki co nie zamierzam wyjeżdżać. - Wyjmuję z kieszeni portfel i podaję Ophelii moją wizytówkę. - Jakbyś czegokolwiek potrzebowała możesz do mnie zadzwonić o każdej porze dnia i nocy. 
- Dobrze, dziękuję. - Chowa wizytówkę do kieszeni, po czym chwyta swoją torebkę i wstaje. Również wstaję. - Do zobaczenia - mówi, całując mój policzek.
- Cześć - odpowiadam i odprowadzam ją wzrokiem. Z powrotem siadam i patrzę na nieruszone ciastko Ophelii. 
Niedługo potem wychodzę ze Starbucksa. Wyjmuję z kieszeni telefon i wybieram numer do mamy. Ulica jest strasznie zatłoczona. Próbuję przypomnieć sobie, gdzie zostawiłem samochód.
- Cześć, mamo - witam się. - Jak idzie remont? 
O już wiem. Idę w tamtym kierunku.
- Cześć, Zayn. Dobrze, chłopakom wszystko sprawnie idzie i na moje oko robią wszystko dobrze. 
- Cieszę się. Wszystko jest tak jak chciałaś?
- Tak, jest świetnie. A co u ciebie? 
- Wszystko w porządku. Mam tu parę spraw do załatwienia, ale myślę, że może w przyszłym tygodniu wpadnę do ciebie. 
Znajduję samochód. 
- To daj znać wcześniej to upiekę twoje ulubione ciasto.
- Dobrze, mamo. Muszę kończyć. 
- Pa, kocham cię.
- Ja ciebie też kocham, mamo - odpowiadam i rozłączam się. Chowam telefon do kieszeni i wyjmuję kluczki z marynarki. Otwieram samochód i wsiadam do środka. Zapinam pas, odpalam silnik i ruszam w stronę domu, jednak przypomina mi się, że muszę zrobić zakupy, więc jadę do Tesco.

Budzi mnie telefon. Po omacku sięgam na szafkę nocną i chwytam komórkę. Na wyświetlaczu jest wyświetlony numer, więc nie wiem kto to może być. Już chcę zignorować to połączenie, jednak przypominam sobie, że podałem swój numer Ophelii i to może być ona.
- Zayn Malik - przedstawiam się odruchowo wciąż nie będąc pewnym kto może do mnie dzwonić.
- Cześć, tu Ophelia. Przepraszam, obudziłam cię... - mówi zakłopotana. Podnoszę się do pozycji siedzącej.
- Nie przejmuj się. Stało się coś? - pytam, przecierając twarz wolną ręką. Zauważam, że na dworze jest już jasno.
- Nie, nic się nie stało - odpowiada prędko. - Chciałam tylko zapytać, czy moglibyśmy się spotkać.
- Oczywiście. O której ci pasuje?
- Hmm... Może tak jak wczoraj? - proponuje.
- Jasne. 
- I tym razem ja stawiam kawę. 
- Niech będzie - zgadzam się rozbawiony.
- Do zobaczenia, Zayn. 
- Cześć. - Rozłączam się i sprawdzam godzinę. Jest dziesiąta, więc mam dużo czasu. Wychodzę z łóżka i idę wziąć prysznic. Później golę się, myję zęby, suszę i układam włosy. Jest już za piętnaście jedenasta. Ubieram czarną koszulkę z dekoltem w serek i czarne dżinsy. Schodzę na dół i robię sobie śniadanie. Wyjmuję z szafki chleb, a z lodówki szynkę, ser i warzywa. Piętnaście minut później jestem już po śniadaniu. Postanawiam wyjść z domu wcześniej, by móc wejść do kwiaciarni. W holu ubieram granatową marynarkę i buty. 
Dzisiaj jako że się nie spieszę nie ma korków, więc w centrum jestem po dziesięciu minutach. Z miejscem parkingowym też nie ma miejsca, więc ma sporo czasu. Dość szybko znajduję też kwiaciarnię. 
- Dzień dobry - mówię, wchodząc do środka. 
- Dzień dobry - odpowiada miłym głosem kobieta w średnim wieku. Ma długie brązowe włosy spięte w kucyka, prostą grzywkę i dobrotliwy wyraz twarzy. Ubrana jest w niebieską koszulkę z długim rękawem i czarne spodnie. - W czym mogę pomóc? 
- Potrzebuję bukietu kwiatów. Nie musi być duży i nie muszą to być róże.
- Może mały bukiet żółtych tulipanów? - propnuje wskazując na odpowiedni wazon. Kwiaty podobają mi się.
- Będzie okej - odpowiadam z uśmiechem. 
Pięć minut później wychodzę z kwiaciarni w bukietem tulipanów. Mam jeszcze sporo czasu, więc kręcę się po okolicy. Przyłapuję siebie na tym, że stoję przed wystawą sklepu z zabawkami. Na to jeszcze za wcześnie, myślę. Spoglądam na zegarek. Jest za piętnaście dwunasta, więc idę w stronę Starbucksa.
Przed wejściem spotykam Ophelię. Dziś ma na sobie brązową, rozkloszowaną spódnicę, obcisłą niebieską koszulkę z długim rękawem i brązowe botki na obcasie. W ręce trzyma skórzaną kurtkę i torebkę. 
- Cześć - witam się, wręczając jej kwiaty. 
Na twarzy Ophelii pojawia się uśmiech. 
- Hej. Dziękuję, są piękne - mówi. - Wchodzimy? 
- Jasne - odpowiadam. Ręką wskazuję, by weszła jako pierwsza. 
- Zajmij stolik, a ja zamówię kawę. Jaką chcesz? - pyta.
- Zwykłą czarną - odpowiadam. 
Ophelia uśmiecha się w odpowiedzi, a ja idę w stronę wolnego stolika. Zdejmuję marynarkę, wieszam ją na oparciu krzesła i siadam. Przyłapuję się na tym, że gapię się na Ophelię, ale z drugiej strony to dobrze, bo zauważam, że nie ma jak przynieść naszych kaw. Wstaję i idę jej pomóc.
- Przepraszam, nie pomyślałem żeby coś od ciebie wziąć - mówię, biorąc nasze kawy z baru. 
- Nic się nie stało - odpowiada. Idziemy w stronę stolika. Ophelia wiesza na oparciu krzesła swoją kurtkę, kwiaty kładzie na stoliku i zajmuje miejsce naprzeciwko mnie. 
- Chciałaś o czymś konkretnym porozmawiać? - pytam, po tym jak biorę łyk kawy i parzę się nią w język.
Ophelia chwilę się zastanawia.
- Stęskniłam się za tobą - mówi cicho, patrząc w swój kubek z kawą. 
Uśmiecham się
- Ja też za tobą tęskniłem - odpowiadam.
Ophelia łamie swoje ciastko na pół i zjada mały kawałek. 
- Jak Zoe? 
- Dobrze - odpowiada, spoglądając na mnie. - Chyba odziedziczyła po to tobie talent do rysowania - dodaje. 
Odziedziczyła coś po mnie?
- Nie sądzę, żebym miał talent do rysowania - odpowiadam od niechcenia. Wciąż zbieram się po tym, że Zoe odziedziczyła coś po mnie. Czuję się... dumny?
- Hej, pamiętam twój rysunek, który narysowałeś na zajęciach. Był naprawdę świetny - mówi. Upija łyk latte.
Chwytam kubek i wypijam sporą część kawy. 
- Czujesz coś do tego... Michaela? 
Dlaczego, do kurwy nędzy, zadałem to pytanie?! Nie mam pierdolonego prawa tego wiedzieć.
Ophelia wzdycha.
- Zayn, powiedziałam ci już, że cię kocham. Nie czuję nic do Michaela, bo gdybym coś czuła to byłabym z nim, a nie jestem - odpowiada, patrząc na mnie.
Kamień spada mi z serca, chociaż i tak mam ochotę sobie zajebać za to pytanie.
- I jeśli cię to ciekawi to też nigdy z nim nie spałam. Ani z nikim innym - dodaje ciszej. 
"Kochanie, śpisz sama czy oddałaś miejsce obok siebie komuś innemu?"
Tego kompletnie się nie spodziewałem. Przecież Ophelia jest piękną i inteligentną dziewczyną. W Bradford cała męska populacja chciała się z nią przespać. Nie sądzę żeby w Londynie czy gdziekolwiek na świecie było inaczej. Więc jakim cudem nie jest w związku? Jakim cudem z nikim - oprócz mnie rzecz jasna - nie spała? 
Spoglądam na Ophelię. Przegryza dolną wargę. 
Postanawiam zmienić temat, bo widzę, że czuje się skrępowana.
- Ophelia, jeśli czegoś potrzebujesz to możesz mi o tym śmiało powiedzieć. 
- Dziękuję, ale niczego nie potrzebuję - mówi, delikatnie się uśmiechając. - Muszę się już zbierać - dodaje. Wstaje, łapiąc torebkę. Zdejmuje w oparcia krzesła kurtkę i bierze kwiaty ze stołu.
Wstaję i żegnam się z nią buziakiem w policzek. 
- Czekaj, odprowadzę cię! - krzyczę za nią. Łapię swoją marynarkę i doganiam ją. 
- Nie spieszysz się gdzieś? Nie chcę cię zatrzymywać... - mówi zakłopotana.
- Spokojnie, mam dużo czasu. 
Po drodze rozmawiamy o pracy Ophelii. Z jej rozmowy wyciągam jeden najważniejszy wniosek: uwielbia swoją pracę. 
- To tutaj - mówi, gdy stoimy pod wejściem do jednego z londyńskich wieżowców. Wieje wiatr, który burzy jej fryzurę, więc wyciągam rękę w jej stronę i chowam kilka pasm za jej uchem. Ophelia spogląda na mnie, a ja czuję jak pomiędzy naszymi ciałami przelatują iskry. 
Mam ochotę zrobić krok do przodu i pocałować ją, ale nie decyduję się na to. Nie chcę żeby ona to źle odebrała.
- Muszę już iść - mówi zakłopotana i uśmiecha się do mnie przepraszająco. 
- Jasne, nie zatrzymuję cię. Do zobaczenia. - Robię krok w tył, ale Ophelia robi krok do przodu, daje mi buziaka w policzek, mówiąc:
- Do zobaczenia, Zayn. 

I znika za automatycznymi drzwiami wieżowca. 

czwartek, 22 października 2015

Rozdział czwarty


Zayn
Dziewczyna odwraca się na krześle barowym. 
- Nie dziękuję, zaraz sobie sama zamówię - mówi, uśmiechając się do mnie.
- To nie było pytanie - odparowuję, obdarzając ją moim najlepszym uśmiechem.
- Ty nigdy nie przyjmujesz odmowy, prawda? - pyta rozbawiona.
- Nigdy - potwierdzam. - Poproszę szkocką z lodem dla mnie, a dla tej ślicznej dziewczyny to co piła wcześniej - zwracam się do barmana. Chwilę później trzymam w ręku swojego drinka.
- Dziękuję - mówi i upija łyk mohito. - Jednak nie napiję się z tobą, bo jestem tutaj z moimi przyjaciółkami.
- Och, sądzę, że nie będą one miały nic przeciwko jeśli na chwilę cię im odbiorę, prawda? - pytam i posyłam trzem dziewczynom swój zawadiacki uśmiech.
- Jasne, przyda się jej towarzystwo faceta - mówi blondynka.
- No widzisz nie mają nic przeciwko. - zwracam się do brunetki. - Wiesz, że skoro spotkaliśmy się już dwa razy w ciągu jednego dnia to to nie może być przypadek? - zaczynam rozmowę.
- Czyżbyś ty miał być tym facetem, który ma mnie zwalić z nóg? - pyta lekko kpiącym głosem.
- Kto wie - odpowiadam zadziornie.
Rozmowa z nią upływa mi miło. Dowiaduję się, że jest naczelną ELLE i mieszka w Londynie od czterech lat. Jest strasznie urocza.
- A ty czym się zajmujesz? - pyta, popijając drinka.
- Aktualnie pracuję w firmie mojego dziadka, którą mam za niedługo po nim przejąć.
- Wow, to świetnie! - mówi wyraźnie zaskoczona. - Firma jest Londynie? Nigdy wcześniej nie widziałam cię tutaj.
- Firma jest w Manchesterze - sprostowuję. - Przyjechałem tutaj tydzień temu w celach biznesowych - kłamię.
- I jako biznesman masz czas na stawianie drinków dziewczynom, których nie znasz? 
- Każdy czasem musi się rozerwać. I nie mam nic przeciwko stawiania drinków ładnym dziewczynom.
Brunetka w odpowiedzi rumieni się.
- Idziemy zatańczyć? - pytam. 
Przegryza dolną wargę jakby się zastanawiała czy się zgodzić. Wygląda to tak cholernie seksownie, że czuję, że w moich spodniach robi się ciasno.
Ophelia miała taki sam nawyk.
- Nie potrafię tańczyć - odpowiada.
- Widziałem już jak nie potrafisz tańczyć. - Wstaję i wyciągam do niej rękę. Ona niepewnie ją chwyta i wstaje. Wzmacniam nieco uścisk i przeciskam się przez tłum ludzi. W końcu znajduję kawałek miejsca dla nas. - Poczuj muzykę - mówię, kładąc dłonie na jej wąskiej talii i obracam nią tak, że jej tyłek powoli ociera się o moje krocze. Dziewczyna coraz pewniej czuje się na parkiecie (zapewne prze alkohol), a mi ten widok coraz bardziej się podoba. Kołysze biodrami na prawo i lewo w rytm piosenki, kręci głową, a jej ręce są uniesione w górę. Patrzenie na nią, gdy tak tańczy, kompletnie nie przejmującą się czymkolwiek to czysta przyjemność. Dwie piosenki później wracamy do baru. Zamawiam kolejne drinki. 
- Muszę do toalety - mówi, wstając.
- Jasne - odpowiadam z uśmiechem. Widzę jak zaczyna się oddalać. Wstaję i idę za nią. Dopadam ją w korytarzu, który prowadzi do toalet. Łapię jej rękę i przyciągam ją do siebie. Mocno chwytam ją w talii i zaczynam całować, przyciskając ją do ściany. Początkowo trochę się opiera, ale po chwili ulega mi. Czuję jej drobne dłonie na moich biodrach. Moja prawa ręka wędruje wyżej i wplata się w jej włosy. Wypycham biodra w jej stronę i czuję jak jej biodra napierają na moje.
- Jedźmy do mnie - mówię lekko zadyszany do jej ucha.
- Okej - zgadza się z uśmiechem. - Ale naprawdę muszę do toalety - dodaje, przegryzając dolną wargę.
- Idź, zaczekam tutaj. - Robię krok w tył pozwalając jej odejść. W środku cały chodzę i nie mogę się już doczekać jak będziemy u mnie i zdejmę z niej tą sukienkę. 
Ona nie zastąpi ci Ophelii, odzywa się głos w mojej głowie.
Ale jest za to odrobinę do niej podobna. Zwłaszcza w tej sukience, bo Ophelia miała taką samą na mojej imprezie. 
Gdy kończę zamawiać taksówkę dziewczyna jest już u mojego boku. Mam nadzieję, że nie zmieniła zdania. Obejmuję ją w talii, bo widzę, że zaczyna się chwiać w swoich szpilkach. 
- Poczekaj, powiem tylko przyjaciółkom, że jadę do ciebie - mówi, spoglądając na mnie. 
- Jasne - odpowiadam. Dziewczyna idzie do baru. Staje pomiędzy koleżankami i coś do nich mówi. Śmieją się. Bierze swoją torebkę i kurtkę, i wraca do mnie. 
- Chodźmy. - Uśmiecha się do mnie. Obejmuję ją w talii i wychodzimy z klubu. Taksówka już na nas czeka. Wsiadamy do środka, podaję kierowcy adres. Wciąż obejmuję ją w talii. 
- Jesteś pijana i to porządnie - zauważam. 
- Chyba o to ci chodziło, nie? - odpowiada, spoglądając na mnie swoimi dużymi, brązowymi oczami, które ma podkreślone czarnym eyelinerem.
- Nie chodzi mi o upijanie ładnych dziewczyn a potem zapraszanie ich do siebie, skarbie. 
- A więc o co? - pyta, prostując się i czekając na odpowiedź. Wygląda uroczo.
- Kto wie - odpowiadam. Kładę dłoń na jej policzku i przyciągam ją do siebie. Moje usta łączą się z jej. Moje druga ręka zjeżdża na jej biodro. 
Kierowca kaszle znacząco. Odklejam się od dziewczyny. Wyjmuję z portfela banknot pięćdziesięciofuntowy. Otwieram drzwi, wychodzę i podaję jej rękę. Dziewczyna powoli, ale z klasą wychodzi z taksówki. Znów łapię ją w talii i prowadzę do mojego mieszkania. Wchodzimy po schodach, otwieram drzwi. W holu zdejmuję jej kurtkę i wieszam ją na wieszaku. Ściągam swoją marynarkę i wieszam ją obok kurtki dziewczyny. Zsuwam buty ze stóp. 
- Zdejmiesz sama swoje buty czy ci pomóc? - pytam lekko rozbawiony tą sytuacją.
- Sama sobie poradzę - mówi, rzucając mi mordercze spojrzenie. Powoli kuca i rozpina najpierw jednego buta, a potem drugiego. Potem wstaje, trzyma się ściany i zsuwa je ze stóp. - Gotowe - oznajmia, patrząc mi prosto w oczy. Podchodzę do niej, kładę ręce na talii i przyciągam ją do siebie. Ona niezdarnie wpada na mnie. Patrzę jej w oczy. Ma takie piękne oczy. Jej usta niespodziewanie atakują moje. Czuję jak jej palce mierzwią moje włosy rozwalając całą fryzurę. Odwzajemniam jej pocałunek, przyciągając ją jeszcze bliżej do siebie.

Gdy się budzę miejsce obok mnie jest puste. Przecieram dłońmi twarz i wstaję. Z komody wyjmuję czyste bokserki i schodzę na dół, licząc na to, że dziewczyna została i pije kawę. W kuchni też jej nie ma. Jest za to kubek po kawie z odbitą na jego krawędzi różową szminką. 

"Poplamiony kubek po kawie z odciskiem Twojej szminki to za mało."

- W takim razie widzimy się za tydzień na podpisaniu umowy - mówi Christopher Jonson ściskając moją dłoń. 
- Dokładnie. Do widzenia. - Zajmuję z powrotem swoje miejsce. Dopijam kawę spoglądając przez okno. 
Po drugiej stronie ulicy zauważam kobietę. Ma na sobie dużo za duży biały sweter, który odsłania jej jedno ramię, granatowe, obcisłe dżiny i czarne szpilki. W ręce niesie torebkę, a w drugiej trzyma telefon, przez który rozmawia. Idzie w kierunku pasów. Nawet nie oglądając się, czy coś jedzie pewnym krokiem wychodzi na ulicę. Zauważam pędzący samochód i doskonale wiem, co zaraz się stanie. Rzucam dwudziestofuntowy banknot, chwytam swoją marynarkę i wybiegam z kawiarni. Auto gwałtownie hamuje, uderza kobietę, która upada kilka metrów dalej. Wokół niej zbiera się grupka ludzi. Przeciskam się przez nich i klękam u jej boku. 
- Niech ktoś zadzwoni po pogotowie! - krzyczę. 
Przyglądam się kobiecie i w przeciągu sekundy docierają do mnie dwie rzeczy. Pierwsza: ta kobieta to moja sąsiadka, której pomogłem z zakupami i z którą spędziłem sobotnią noc. Druga rzecz jest dużo ważniejsza. To Ophelia, którą w końcu znalazłem.
I właśnie teraz leży na środku drogi i prawdopodobnie może z tego nie wyjść. Chcę coś zrobić, ale w tym momencie nie mam bladego pojęcia co powinienem zrobić. Wszystkie kursy pierwszej pomocy poszły się jebać. Chcę ją dotknąć, ale w tym momencie wydaje mi się ona taka krucha, że boję się ją dotknąć by nie zrobić jej krzywdy. 
- Pogotowie już jedzie - mówi ktoś, a chwilę później słyszę syrenę karetki. Spoglądam zrozpaczony na drobne ciało Ophelii. Jej nogi i ręce są nienaturalnie wygięte; jej loki są wzburzone wokół jej twarzy, a czerwone usta rozchylone. 
Czuję jak ktoś łapie mnie za ramiona i podnosi.
- Proszę się odsunąć, pomożemy jej. 
Staję w tłumie i patrzę jak ratownik zakłada jej kołnierz ortopedyczny, a potem świeci latarką po oczach unosząc wcześniej powiekę. 
- Do którego szpitala ją zabieracie? - pytam jednego z sanitariuszy. 
- Do świętego Tomasza.
Gdy mam już iść do auta zauważam leżący na ulicy telefon Ophelii. Podnoszę go. Ma stłuczony wyświetlacz i nie działa. Chowam go do kieszeni i biegnę na parking, na którym zostawiłem samochód. Wsiadam do niego, odpalam silnik i z piskiem opon ruszam do szpitala. Dziesięć minut później jestem już przy punkcie informacyjnym.
- Przywieziono tutaj Ophelię Winslet. Wie pani, gdzie ją znajdę? - pytam. 
Starsza kobieta spogląda na mnie z czułością.
- Już sprawdzam - mówi, po czym wklepuje coś w komputer. - Aktualnie przechodzi badania. Jej lekarzem prowadzącym jest doktor O'Connor, więc o szczegóły proszę jego pytać. Znajdzie go pan na trzecim piętrze. 
- Dziękuję bardzo - odpowiadam. Idę w stronę windy, na którą czekam całą wieczność. Gdy w końcu przyjeżdża muszę jeszcze czekać aż dwie starsze panie na wózkach inwalidzkich z niej wyjadą i dopiero wtedy mogę wsiąść. Wciskam przycisk z numerem trzy i po chwili ruszam na górę. Na korytarzu całkiem szybko udaje mi się znaleźć doktora O'connor.
- Ty tu pracujesz? - pytam zdziwiony, gdy widzę Jamesa mojego kolegę, którego poznałem na studiach. Studiował wtedy medycynę, ale nie spodziewałem się, że go tu spotkam.
- Tak - odpowiada. - W czymś ci pomóc?
- Jesteś prowadzącym lekarzem Ophelii Winslet?
- Tak. Obstawiam, że jesteś kimś z rodziny. 
Jestem zmieszany.
- Nie do końca. Ale byłem świadkiem jej wypadku. Powiesz mi, co z nią jest? Błagam. 
James długo się we mnie wpatruje zanim udziela mi odpowiedzi. 
- Jak na taki wypadek to miała dużo szczęścia. Jest mocno poobijana, ma złamane dwa żebra i wstrząśnienie mózgu. Musi tu zostać przez kilka dni, ale wyjdzie z tego. 
Kamień spada mi z serca.
- Mogę ją zobaczyć? - pytam nieśmiało.
- Tak, ale tylko na chwilę.
- Dziękuję. - Klepię go po ramieniu.
- Sala 349.
Przemierzam długi korytarz zanim docieram do sali, w której leży Ophelia. Do jej drobnego ciała przyczepione jest całe mnóstwo rurek. Siadam na krześle obok niej i delikatnie chwytam jej dłoń. Budzi się i spogląda na mnie.
- Cześć Ophelia- mówię nieśmiało. - To ja, Zayn. Poznajesz mnie?
Źrenice Ophelii rozszerzają się.
- Co... Co tu robisz? - pyta cicho.
- Widziałem twój wypadek i chciałem sprawdzić co z tobą. Martwiłem się. 
- Kim jesteś? - pyta mnie męski głos zza moich pleców. Odwracam się na krześle i widzę wysokiego mężczyznę, który trzyma za rączkę małą dziewczynkę. To ta sama dziewczynka, którą widziałem, gdy byłem u rodziców Ophelii. Czy ten facet...?
- Nie jesteś nikim z rodziny, więc musisz stąd wyjść - mówi. 
Spoglądam na Ophelię szukając w niej jakieś odpowiedzi. Jednak ona nawet na mnie nie patrzy. Wstaję i wychodzę z sali. 
Kim jest ten facet? Przecież Ophelia powiedziała, że nie ma chłopaka. Nie zauważyłem u niej obrączki. I z resztą uprawiała ze mną seks! Przecież nie zrobiłaby tego będąc w związku. A ta dziewczynka? Jest ich córką? O co tu chodzi?
Będąc w aucie uderzam czołem o kierownicę. Nic nie rozumiem z tego co tu zastałem. Odpalam silnik, wyjeżdżam z parkingu. Zamiast jechać do domu krążę bez celu po mieście. 
Na co ja liczyłem? Na to, że zastanę ją tutaj samotną bez faceta u boku? Przecież to normalne że ludzie w naszym wieku są w związkach. Ophelia z resztą była piękną kobietą, więc to tym bardziej naturalne, że ma kogoś. Tymczasem nie dość, że ma faceta to jeszcze ma z nim dziecko. 

"Mój umysł obraca się wokół Ciebie i mnie. Każdy kto jest pomiędzy nami jest wrogiem."

Tydzień później  jakoś po dwunastej przekraczam próg jednego z londyńskich Starbucksów. Zamawiam kawę i siadam przy jednym z wolnych stolików. Przeglądam maile w komórce, gdy słyszę znajomy mi głos:
- Poproszę latte i ciastko. 
Podnoszę swój wzrok znad telefonu i spoglądam w stronę kasy. Mój słuch mnie nie zawiódł. Stoi tam Ophelia i jak zwykle wygląda cudownie. Ma na sobie obcisłą białą koszulkę w czerwone paski, dresowe spodnie, które są luźne w udach a obcisłe na łydkach, białe krótkie conversy i skórzaną kurtkę. W ręce trzyma dużą, sztywną torebkę z krótkimi rączkami. 
Odbiera swoje zamówienie, obdarzając uśmiechem baristę i idzie w przeciwną do mnie stronę. Zajmuje miejsce w kącie kawiarni i wyjmuje z torebki książkę. Łapię swój kubek i wstaję. 
- Wciąż zamawiasz latte i ciastko - mówię, będąc koło stolika Ophelii. 
Powoli podnosi wzrok znad książki i spogląda na mnie zaskoczona. Po czym zaskakuje mnie i wstaje, łapiąc książkę i torebkę. Szybkim krokiem wychodzi z kawiarni. Idę za nią. 
- Ophelia, zaczekaj! - krzyczę za nią, gdy jesteśmy na ulicy. Przyspieszam i łapię ją za rękę. Ophelia odwraca się twarzą do mnie. 
- Co ty tak naprawdę tu robisz, co? - pyta, wyraźnie wkurzona.
- Tak naprawdę to przyjechałem cię odnaleźć - mówię, patrząc jej w oczy. Ophelia wyrywa rękę z mojego uścisku i znów szybkim krokiem oddala się ode mnie. Szybko zrywam się, doganiam ją, łapię w pasie i przytulam do siebie.
- Ophelia, kocham cię - mówię dobitnie. 
- Ja ciebie też kocham, Zayn. Ale teraz jest o cztery lata za późno na takie wyznania. - Robi pauzę, rozglądając się wokół nas. - Mamy razem dziecko, wiesz? - pyta ironicznie, a mi opada szczęka. - Ale spokojnie, nie oczekuję od ciebie żadnej pomocy. Przez te cztery lata nauczyłam się jak sobie radzić samej - dodaje, po czym wykorzystuje moje chwilowe zawieszenie i ponownie wyrywa się z mojego uścisku. Patrzę na jej oddalającą się sylwetkę, nie wiedząc co mam zrobić i od czego zacząć. 
Mam z nią dziecko. Ta mała, śliczna dziewczynka jest moją córką. Jestem ojcem. Ophelia mnie kocha. A więc kim do kurwy nędzy jest ten złamas, który obok niej się kręci?!

__________________
Przyznam się, że trochę się bałam dodać ten rozdział ze względu na scenę erotyczną. Ale mam nadzieję, że dobrze przyjmiecie ten rozdział. :) Dajcie znać co myślicie. 

poniedziałek, 21 września 2015

Rozdział trzeci

Zayn
Wrzucam torbę do bagażnika, zamykam go i zajmuję miejsce za kierownicą. Odpalam moją Mazdę RX6 i ruszam z parkingu podziemnego na pełnym gazie. Chwilę późnej pędzę już po autostradzie, a po godzinie jestem w moim rodzinnym mieście Bradford. Parkuję samochód przed moim domem, biorę torbę z bagażnika, zamykam samochód i dzwonię do drzwi. 
Otwiera mi moja mama ucieszona na mój widok.
- Zayn! - krzyczy uradowana. Przytulam ją mocno. Stęskniłem się za nią. Ostatni raz widziałem ją dwa miesiące temu. Teraz postanowiłem zrobić jej niespodziankę i nic jej nie mówiłem, że przyjadę.
Siedzę w kuchni, a mama przygotowuje kawę. 
- Na długo przyjechałeś? - pyta, zalewając wodą nasze kawy. 
- Jeszcze nie wiem, mamo. W firmie jest ciągle robota, ale póki co nie jestem potrzebny na miejscu, więc postanowiłem przyjechać. Mogę stąd pracować - wyjaśniam. Prawdę mówiąc celem mojego przyjazdu nie jest spotkanie się z rodziną, chociaż cieszę się, że mogę znów zobaczyć mamę. 
- Tak się cieszę, że przyjechałeś - mówi, niosąc kawy zalane wcześniej mlekiem. 
- Też się cieszę, że cię widzę, mamo. - Uśmiecham się do niej. Mama zajmuje miejsce naprzeciw mnie. Słodzę swoją kawę i mieszam ją. 
- Co u was? Opowiadaj - zachęcam. 
- Wszystko tak jak zawsze. Dobrze wiesz jak wygląda nasze życie. Lepiej opowiadaj co u ciebie. Jak radzisz sobie w firmie? 
Cała mama. Najchętniej nic by o sobie nie mówiła. Jest bardzo skromna, chociaż ma złote serce. 
- Chyba całkiem dobrze sobie radzę. Nikt się nie skarży, firma jeszcze nie ogłosiła bankructwa, więc jest dobrze - śmieję się. - Tak naprawdę to ciągle się uczę i nie podejmuję najważniejszych decyzji. Dziadek pyta mnie o zdanie w różnych kwestiach. Czasem rzucam na nie całkiem inne światło i dziadkowi to się bardzo podoba. Mam świeży pogląd na różne sprawy i wiem jak to wygląda u podstaw. 
Mama słucha mnie jak oczarowana. 
- Jestem z ciebie taka dumna. Wszyscy jesteśmy - mówi z łzami w oczach. - Żebyś widział jak zazdrość zżera tą naszą sąsiadkę z naprzeciwka, gdy mówię jej o tobie. 
Śmieję się i przytulam mamę. 
- Mamo, potrzebujesz czegoś? Jeśli coś się psuje lub potrzebujesz czegoś nowego to możemy pojechać na zakupy - oferuję.
Mama chwilę się zastanawia, rozglądając się po kuchni. 
- Chyba przydałaby się nam nowa lodówka, bo ta już słabo chłodzi... Ale Zayn, spokojnie, odkładam na nią pieniądze, nie pali się.
- Ubierz się, jedziemy po nową - mówię głosem nie znoszącym sprzeciwu.
- Ale... - zaczyna. Wstaję.
- Mamo, potrzebujesz nowej lodówki, więc ją dostaniesz. No już, idź się ubrać. 
Mama niechętnie wstaje i idzie na górę. Rozglądam się po parterze. Odkąd się stąd wyprowadziłem nic się tu nie zmieniło. Stwierdzam, że przydałby się remont. Mama na pewno by się ucieszyła. Od paru lat chciała go zrobić, ale nie miała na to pieniędzy. 
Mama schodzi na dół. Ma ubrane obcisłe dżinsy i luźną białą koszulkę w czarne paski. W holu wkłada płaskie buty i kurtkę. Chwyta jeszcze torebkę i wychodzimy. Otwieram przed mamą drzwi od strony pasażera. Mama wsiada do samochodu i zamykam za nią drzwiczki, obchodzę auto i siadam obok niej. Zapinam pas, odpalam silnik i ruszam. 
- Mamo, myślę, że przydałby się remont - mówię, wyjeżdżając z naszej ulicy. 
Mama spogląda na mnie.
- Zayn, nie trzeba.
Spoglądam na mamę.
- Trzeba. Od kilku lat chciałaś zrobić remont, ale nie miałaś na to pieniędzy. Jutro zadzwonię do ekipy remontowej i tak jak będziesz chciała, więc zaraz wstąpimy też po farby.
- Zayn... - zaczyna. Ma surową minę. Wiem, że nie czuje się komfortowo w tej sytuacji, ale jestem jej synem i chcę się jej odwdzięczyć za wszystko, co dla mnie zrobiła.
Zatrzymuję się na czerwonym świetle.
- Mamo, naprawdę to dla mnie żaden problem. Proszę, pozwól sobie pomóc. 
Mama wzdycha poddając się.
Chwilę później jesteśmy w sklepie ze sprzętem AGD i RTV. Podchodzi do nas sprzedawca ubrany w żółto-szary uniform. Na plakietce widnieje jego imię: Mike.
- Dzień dobry. Mógłbym w czymś pomóc? - pyta.
- Dzień dobry. Potrzebujemy lodówki - odpowiadam. 
- Oczywiście, lodówki znajdują się w tamtej części sklepu - wskazuje na lewą stronę. - Zaprowadzę państwa. - Idzie w stronę, którą wskazał, a ja z mamą idziemy za nim. - Jaka lodówka państwa interesuje? Duża, mała? Z zamrażalnikiem u góry czy na dole? 
- Najlepsza jaka jest - odpowiadam. 
Mężczyzna spogląda na mnie zdziwiony.
- Proszę za mną - mówi i prowadzi nas do rzędu lodówek. Zatrzymuje się przed srebrną, podwójną lodówką. Sprawdzam jej parametry, oglądam wnętrze.
- Podoba ci się, mamo? - pytam. 
- Tak - odpowiada z uśmiechem.
- Bierzemy. 
Chwilę później jestem przy kasie i płacę za lodówkę. 
- Lodówka zostanie przywieziona jutro koło południa. Proszę tylko jeszcze podobać adres - mówi kobieta ubrana w taki sam uniform, co mężczyzna, który pokazał nam lodówkę. 
Podaję adres i odbieram swoją kartę kredytową.
- Dziękuję i zapraszam ponownie. 
- Dziękuję, do widzenia - odpowiadam z uśmiechem. Podchodzę do mamy. - Chcesz jeszcze zrobić jakieś zakupy spożywcze do domu? 
- Możemy - odpowiada. - Dziękuję, Zayn.
Przytulam mamę.
- Nie ma za co, mamo. Naprawdę. 
Wychodzimy ze sklepu i wsiadamy do samochodu. Kilka minut później jesteśmy w Tesco i robimy duże zakupy. Później jedziemy jeszcze do sklepu budowlanego i mama wybiera farby do domu. O siedemnastej jesteśmy z powrotem w domu. Mama wypakowuje zakupy, a ja zanoszę farby do piwnicy. Później szukam w internecie ekipy remontowej. 
Koło osiemnastej wychodzę z domu, mówiąc mamie, że idę się spotkać z kilkoma osobami. Jednak póki co chcę się spotkać z osobą, dla której tak naprawdę tu przyjechałem. 
Pukam do czerwonych drzwi i robię krok do tyłu. Słyszę jak jakaś dziewczynka krzyczy: 
- Dziadku, ktoś pukał! 
- Zoe, odejdź od drzwi, dziadek już idzie - mówi mężczyzna spokojnym głosem.
Sekundę później w drzwiach staje wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Ma kwadratową szczękę, szerokie ramiona. Ubrany jest w zieloną koszulkę i zwykłe dżinsy. Za jego nogami widzę małą dziewczynkę. Na oko ma z trzy lata. Jest śliczna.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - pyta. Jego spojrzenie jest surowe. Odnoszę wrażanie, że jest byłym wojskowym czy kimś tego rodzaju.
- Dzień dobry. Nazywam się Zayn Malik. Zastałem może Ophelię? - Silę się na drobny uśmiech.
- Nie, Ophelii tu nie ma - odpowiada chłodno. - I dam ci radę, chłopcze - mówi, zbliżając się do mnie. - Nie staraj się nawet szukać mojej córki. Nikt ci nie powie, gdzie ona jest. - Robi krok w tył. - Do widzenia. - Zamyka mi drzwi przed nosem zanim zdążę coś dodać. 
Odwracam się na pięcie i idę w stronę parku. Po głowie krążą mi słowa ojca Ophelii. "Nikt ci nie powie, gdzie ona jest." Niby dlaczego? Dlaczego mają robić z tego tajemnicę? 
Po drodze spotykam Davida. 
- Zayn? - pyta jakby mnie nie poznawał.
- Siema, David! - witam się, przybijając piątkę. - Co u ciebie? - pytam.
- Wszystko spoko. Co cię sprowadza do Bradford? 
- Przyjechałem odwiedzić mamę i żeby spotkać się z paroma osobami - odpowiadam.
- To może wyskoczymy na piwo i dam cynk chłopakom żeby też wpadli?
- Jasne - odpowiadam. - To co, idziemy tam gdzie zawsze? 
- A niby gdzie indziej byś chciał iść niż do Joe's? - pyta rozbawiony, pisząc wiadomości do chłopaków. 
- Co słychać w wielkim świecie? - pyta, gdy siedzimy już przy stoliku i pijemy piwo.
- Chyba wszystko jest okej. Pracujemy nad paroma nowinkami, które chcemy wprowadzić na rynek w najbliższym czasie - odpowiadam, przyglądając się Davidowi. Od college'u nic się nie zmienił. Wciąż ma tą samą fryzurę i nosi podobne ubrania. 
- A co słychać w twoim prywatnym życiu? Znalazłeś sobie jakąś panienkę? - pyta, wyraźnie zaciekawiony.
- Nie, nie znalazłem - wzruszam ramionami, upijając spory łyk piwa. - A ty kogoś masz?
- Stary, Vanessa to dziewczyna wyjęta z moich snów. Już ci ją pokazuję, bo możesz jej nie kojarzyć. - Z kieszeni wyjmuje swoją komórkę i pokazuje mi jej zdjęcie. Dziewczyna jest całkiem ładna, ma śliczny uśmiech. I to tyle. Nie jest do końca w moim typie. 
- Chodziła z nami do college'u? 
- Tak, ale była rok młodsza, więc stąd możesz jej nie kojarzyć. Raczej nie wyróżniała się z tłumu - mówi, po czym bierze łyk piwa.
Pół godziny później przy naszym stoliku jest już Sam, Tom i jeszcze kilku chłopaków. Pijemy już drugą kolejkę piwa i każdy opowiada co u niego słychać. 
- Ej, wiecie coś może o Ophelii? - pytam, przy trzeciej kolejce.
- Z tego co obiło mi się o uszy to gdzieś wyjechała i to tyle - odpowiada Zac. 
- Pewnie wyjechała na studia - mówi Tom. - Tyle że nikt nie ma z nią kontaktu. Jej koleżanki też wyjechały. I w zasadzie nikt nie wie dokąd. 
Kurwa. Zaczyna mi to śmierdzieć, myślę.
O dwudziestej drugiej wracam lekko pijany do domu. Staram się jak najciszej otworzyć drzwi. Gdy w końcu mi się tu udaje jeszcze ciszej idę do swojej sypialni. W ciuchach rzucam się na łóżko i zasypiam zanim moja głowa dotyka poduszki.
Gdy rano się budzę, sprawdzam swój telefon. Mam SMSa, od nieznanego numeru.
"Ophelię znajdziesz w Londynie"
Próbuję zadzwonić na ten numer, ale ktoś ma wyłączony telefon. Postanawiam iść za tą wskazówką. Po śniadaniu wsiadam do auta i jadę do Londynu. 
Będąc już poza granicami Bradford dzwonię do mojej sekretarki.
- Vic, potrzebuję na już mieszkania w Londynie.
- Jakieś konkretne, Zayn? - pyta swoim przesłodzonym głosem. Nie znoszę tego, że tak ciągle mi się podlizuje. Myśli, że skoro raz się z nią przespałem to coś z tego wyjdzie, chociaż uświadomiłem ją, że nic do niej nie czuję i to była przygoda na jedną noc. Poza tym oboje byliśmy pijani po firmowej imprezie. 
- Ma być w centrum i dostępne jeszcze dzisiaj - mówię, zmieniając bieg.
- Jasne, jak coś znajdę to dam ci znać.
- Dzięki - odpowiadam i klikam czerwony przycisk na ekranie telefonu.
Godzinę później Vic oddzwania.
- Znalazłam mieszkanie. W mailu wysłałam adres. Właściciel akurat tam jest, więc będzie czekał na ciebie.
- Okej, dzięki. 
Po drodze dzwonię też do ekipy remontowej i umawiam się z nimi, że jutro popołudniu przyjdą do mojej mamy i ustalą z nią wszystkie szczegóły. Informuję ich również o tym, że jeśli porządnie wykonają swoją pracę to będą mieli z tego duży zysk. 
Dom znajduje się na Pembridge Gardens. Okolica jest bardzo elegancka; wszystkie domy są białe, z zadbanymi ogródkami, białymi niewysokimi murkami i czarnymi furtkami.  Z właścicielem natychmiast podpisuję umowę i na jego konto przelewam odpowiednią kwotę. 
Po tym jak swoje ubrania umieściłem w szafie zaczynam zastanawiać się: co dalej? W tym mieście jest ponad osiem milionów osób. Jak wśród nich mam znaleźć jedną dziewczynę? Nawet nie wiem, gdzie powinienem zacząć szukać. Całe to szukanie jej będzie jak szukanie igły w stogu siana. Dosłownie.
Wkładam marynarkę i wychodzę z domu. Postanawiam nieco się przejść. Chodzę po okolicy modląc się, żebym jakiś cudem znalazł Ophelię. Potrzeba mi cudu, bym ją znalazł. Szansa na jej odnalezienie wynosi jeden do ośmiu milionów. Jak spośród tłumu znaleźć jedną osobę?
Co rano wstaję i wychodzę na miasto. Każdego dnia jestem w innej części Londynu i zwiedzam porządnie ją zwiedzam, marząc o tym, by znaleźć Ophelię. 
A teraz przeszukuję każde odludnione miejsce
każdy kąt, wołając Twoje imię.
Dzisiejszego wieczora muszę zostać w domu, by przejrzeć trochę dokumentów z firmy. Piję kawę, cicho gra mi muzyka. Wyglądam przez okno przy którym stoi biurko i widzę śliczną dziewczynę. Ma krótkie falowane włosy, które ledwo sięgają jej do ramion, uroczy uśmiech. Ubrana jest w czarną rozkloszowaną spódnicę, która sięga jej do połowy łydki, koszulkę w czarno-białe paski i skórzaną kurtkę. W ręce trzyma niedużą torebkę. Wyraźnie dokądś się spieszy, rozmawia przez telefon. 
Gdy tracę ją z oczu wracam do swojej pracy. Przy laptopie siedzę do północy. Później biorę prysznic i kładę się spać. Śni mi się kobieta, którą widziałem wieczorem. Jest naprawdę ładna. We śnie mówi coś do mnie, ale nie rozumiem jej. Co to może znaczyć? 
Budzik budzi mnie o siódmej. Zjadam śniadanie i jadę na siłownię. Spędzam na niej godzinę, później biorę prysznic i jadę w kolejną część Londynu w poszukiwaniu Ophelii. 
Próbuję cię znaleźć, ale ja po prostu nie wiem dokąd chodzą złamane serca.

Ophelia
Jest sobotnie popołudnie. Razem z Michaelem przygotowuję obiad. Gdy chcę rozgrzać oliwę okazuje się, że została ostatnia resztka i to nie wystarczy.
- Michael, pójdę do sklepu po oliwę, bo się skończyła. Zrobisz sałatkę za ten czas? - pytam, wylewając resztkę oliwy na patelnię. Butelkę wyrzucam do kosza ze szkłem i puszkami.
- Nie ma problemu - odpowiada z uśmiechem. Myję ręce i idę do holu. Wkładam białe, krótkie conversy, dżinsową kurtkę i chwytam moją małą torebkę Michaela Korsa. Pięć minut później jestem w pobliskim sklepie. Biorę jedyną oliwę z oliwek jaka jest. Przechadzając się po sklepie biorę jeszcze trochę owoców i warzyw, kilka jogurtów, mleko... I kończę z trzema ciężkimi reklamówkami. Jakie to dla mnie typowe, myślę. Następnym razem wezmę auto, obiecuję sobie. Wracam do domu, umierając pod ciężarem zakupów, przeklinając się w duchu. 
Zauważam idącego z naprzeciwka chłopaka. W miarę zbliżania się do siebie dostrzegam coraz więcej szczegółów. Jest wysoki, ma kruczoczarne postawione włosy z wygolonymi bokami, ostro zarysowane kości policzkowe i żuchwę. Ma lekki zarost. Ubrany jest w granatową koszulkę z dekoltem w serek, która opina się na jego ciele, obcisłe dżinsy, czerwoną koszulę w kratę, której rękawy są podwinięte i ukazują wytatuowane ręce. Dekolt koszulki też pokazuje jego tatuaże, które są klatce piersiowej i sięgają aż do szyi. Wygląda na rockmana i jest niesamowicie przystojny. 
- Hej, pomóc ci? - pyta, gdy jest tuż naprzeciw mnie. Ma niski, seksowny głos z cudownym akcentem.
- Nie, nie trzeba - odpowiadam lekko speszona. - Poradzę sobie.
- Nie sądzę - upiera się. - Daj, pomogę ci zanieść je do domu. - Wyciąga rękę w stronę siatek. Zauważam, że jego tatuaże na ręce sięgają aż do wierzchu dłoni.
- Naprawdę, poradzę sobie. Mieszkam niedaleko. - Udaje mi się na niego spojrzeć. Czuję jak moje policzki robią się czerwone i modlę się, by mój krem BB je maskował, co jest w zasadzie niemożliwe, bo jego krycie jest bardzo lekkie.
- Pomogę, naprawdę. - I nie czekając na moją odpowiedź najpierw bierze jedną, a potem następne dwie reklamówki. 
- Dziękuję - mówię. 
- Nie ma za co. Nie sądzę, że dałabyś je donieść do domu. One ważą więcej od ciebie! - żartuje. 
Śmieję się. 
- Aż taka lekka nie jestem... - mówię cicho. 
- Słyszałem to. - Spogląda na mnie roześmiany. Wygląda na nastolatka, gdy się śmieje. Zastanawiam się ile może mieć lat. - Niech zgadnę... Miałaś iść po jedną rzecz, prawda? 
- Tak... - przyznaję lekko zażenowana. Przegryzam dolną wargę.
- Kobiety są takie typowe. Następnym razem weź chłopaka ze sobą albo samochód - sugeruje.
- Nie mam chłopaka - odpowiadam prędko. - Ale samochód na pewno wezmę.
- Jakim cudem tak ładna dziewczyna nie ma chłopaka? - pyta, spoglądając na mnie wyraźnie zaciekawiony.
- Normalnie, żaden nie zwalił mnie z nóg, ale pewnie wszystko przede mną. - Robię pauzę. - No dobrze, tutaj mieszkam - mówię, wskazując na drzwi. 
- Okej. Miło mi się z tobą rozmawiało. Życzę powodzenia w szukaniu faceta, który zwali cię z nóg. I gdybyś kiedyś potrzebowała pomocy z zakupami czy czymś innym to mieszkam na przeciw. - Brodą wskazuje swój dom.
- Będę pamiętać. Bardzo dziękuję za pomoc. - Biorę od niego siatki z zakupami. - Do zobaczenia. - Uśmiecham się do niego. 
- Do zobaczenia - odpowiada i idzie w stronę, z której przyszliśmy. Wchodzę po schodach do domu. Przed drzwiami stawiam zakupy na ziemi i dzwonię na dzwonek. 
- Miałaś kupić tylko jedną rzecz! - mówi Michael otwierając mi drzwi. Bierze zakupy.
- Wiem, wiem - odpowiadam. Wchodzę za nim do domu. Gdy mam zamykać drzwi rozglądam się i zauważam mulata, który patrzy w moją stronę. Uśmiecham się do niego i zamykam drzwi. 

Po dziewiętnastej wychodzę spod prysznica. Suszę włosy, a następnie lekko je podkręcam. Robię mocny makijaż: obrysowuję oko czarnym eyelinerem i wyciągam kreskę ku górze. Konturuję twarz, a na usta nakładam różową pomadkę. Staję przed moją garderobą i zastanawiam się, co ubrać. 
- Michael, co mam ubrać? - pytam. Chwilę później Michael jest już obok mnie i przesuwa wieszaki. 
- To - mówi, pokazując mi czerwoną sukienkę. Ostatni raz miałam ją na sobie pięć  lat temu. - Jeszcze w niej cię nie widziałem - dodaje. 
- Niech będzie - zgadzam się, biorąc od niego wieszak. Idę do łazienki, ubieram sukienkę. Jest obcisła, sięga do połowy uda. Ma minimalny rękaw, od których odchodzą dwa paski, układające się w literę V, a pomiędzy nimi i półokrągłym dekoltem są dwie dziury. Zdążyłam zapomnieć o tym jak dobrze na mnie leży. Ubieram botki na słupku. 
- Wiedziałem, że będziesz świetnie w niej wyglądać - mówi Michael. 
Uśmiecham się do niego. Sprawdzam godzinę i okazuje się, że muszę już wyjść.
- Taksówka już na ciebie czeka - informuje mnie Michael. 
- Okej. Bawcie się dobrze i niech Zoe nie pójdzie zbyt późno spać. 
- Dobrze, maksymalnie o dwudziestej drugiej będzie spać. 
- Okej. Pa. - Daję buziaka Zoe, która właśnie rysuje kolejny rysunek i Michaelowi. W holu ubieram swoją skórzaną kurtkę i biorę moją małą czarną torebkę Michaela Korsa, którą przekładam przez ciało. Wychodzę z domu i owiewa mnie chłodny wiatr. Schodzę po schodach i wsiadam do czekającej na mnie taksówki. Dziesięć minut później jestem już pod klubem. Dziewczyny czekają na mnie w środku. Siedzą przy barze i świetnie wyglądają.
- Ubrałaś tą sukienkę, którą miałaś na imprezie Zayna - zauważa Carrie.
- Michael mi ją wybrał - tłumaczę się. 
- Świetnie wyglądasz - mówi Caroline. Uśmiecham się do niej i zajmuję miejsce obok Sophie. 
- Poproszę mohito - mówię do barmana, obdarzając go miłym uśmiechem. 
- Już się robi - odpowiada i chwilę później stawia przede mną drinka.
- Dziękuję - odpowiadam. 
Z dziewczynami jak zawsze plotkujemy. Później idziemy na parkiet i tańczymy. Dawno już nie byłam na żadnej imprezie i cieszę się, że w końcu uległam dziewczynom i wyszłam z nimi. Wracamy do naszych miejsc przy barze i czekamy, by móc zamówić kolejne drinki. 
Zza moim pleców dobiega pytanie:
- Można się dosiąść? 
Odwracam się na wysokim krześle i widzę chłopaka, który popołudniu pomógł mi z zakupami. Czuję, że moje policzki przybierają kolor mojej sukienki. 
Ma ubraną niebieską koszulę z rozpiętymi dwa górnymi guzikami i podwiniętymi mankietami, dżinsy i do tego skórzaną kurtkę. Całość wygląda naprawdę dobrze. A może tylko na nim tak wygląda? Dziwię się, że jego tatuaże nie gryzą się z elegancką koszulą.
- Jasne - odpowiadam krótko i wracam do rozmowy z dziewczynami. Chwilę później chłopak mówi:
- Postawię ci drinka. 

___________________________
Powiem tyle: akcja właśnie się zaczyna :) 
Moje fanfiction znajdziecie też na wattpadzie: https://www.wattpad.com/story/50160484